Tag Archives: gnostycyzm

Maria, Córka Izydy – Czyli Odpowiedź Gnostyka (repost)

Ostatnio natknęłam się na ciekawy artykuł Michała Monikowskiego traktujący o tym samym temacie, o którym pisałam już jakiś czas temu. Jest długi i wymaga koncentracji, ale pozwolę sobie przedstawić go w całości na swoim blogu, bo mam wrażenie, że nadal brakuje w tej kwestii wiedzy historycznej i głębszej refleksji. 

Anna ‘Lawenda’ Solun

————————-

Zostałem zaproszony przez red. Tomasza Terlikowskiego na wycieczkę po kulcie maryjnym. Zaproszenie z radością przyjąłem. Przyjąłem je dlatego, że było ono odpowiedzią na moje “dwa nagie miecze”, ale i dlatego, że tajemnic jest tu więcej niż w różańcu. Autor zaprosił mnie na wycieczkę jedynie do jednej komnaty. Teraz więc ja zapraszam Jego do obejrzenia paru innych komnat tej budowli, która większa jest niż całe chrześcijaństwo i znacznie od niego starsza.

Dziedzictwo naszych przodków

Przede wszystkim pragnę zacząć od wyjaśnienia pewnego nieporozumienia, jeśli chodzi o gnostycyzm. Nie biorę go Autorowi za złe, jako, że zdarza się ono bardzo często. Chodzi mianowicie o założenie, że dla gnostyków Bóg jest kimś “nieobecnym” oraz że jest on jedynie Bogiem Ducha, a nie materii. Faktem jest, że istnieją zachowane informacje o bardzo szczątkowym charakterze, pochodzące zarówno z czasow antycznych, jak i późnego średniowiecza, sugerujące takie nastawienie samych gnostyków. Mało jednak wiemy o rozmaitych odmianach gnostycyzmu i jego poglądów na ten temat. Mimo tego faktem jest – i to nawet bardziej decydującym – że gnostycyzm zmieniał swój charakter wraz z upływem czasu szybciej niż oficjalna kościelna ortodoksja. Stąd też np. rzymski katolicyzm, pomimo niewątpliwych zmian jest wciąż bardziej podobny do katolicyzmu XIII-wiecznego niż dzisiejszy gnostycyzm do katarskiego (semi-) gnostycyzmu.

Dzieje się tak dlatego, że o ile ortodoksyjne chrześcijaństwo zaliczane jest do tzw. religii objawionych, tj. religii, bazujących na przekonaniu, że Bóg objawił pewne niezmienne fakty na swój temat (np. w Biblii), to chrześcijaństwo gnostyckie bazuje na założeniu, że poprzez stopniowe poznawanie siebie oraz otaczającej rzeczywistości jesteśmy w stanie zbliżać się stopniowo do Boga. Bóg gnostyków doby dzisiejszej to Bóg, którego obecność odkryć można wszędzie. Bóg gnostyków zatem to nie tyle Bog “nieobecny”, lecz raczej “nieznany”, którego w związku z tym trzeba stopniowo poznawać. To Bóg, który nazywany jest często “ineffable” (dosł. “niewysłowiony”), ale nie dlatego, że się on nie “wysławia”, lecz dlatego, że trudno go scharakteryzować na podstawie takich czy innych przekazów, włączając “kanoniczne”.

Ten wstęp niechaj stanie się swego rodzaju wprowadzeniem w podstawowe różnice zachodzące w odbiorze problematyki religijnej przez obie strony: prawowierną i gnostycką.  Niejednokrotnie tak się bowiem składa (a miałem okazję również na tym portalu się z tym zetknąć), że polemiści niejako “przywołują” kogoś do porządku niejako z góry zakładając, że któreś z antycznych alegorii powinny charakteryzować poglądy gnostyków, stwierdzając np. “przecież ty, jako gnostyk…” (i tu następuje odwołanie sie do jakichś archaicznych wierzeń i alegorii sprzed co najmniej półtora tysiąca lat). Alegoria to jedynie sposób wyrażenia pewnej myśli, tak jak Jezusowe przypowieści to też nie “true stories”, tylko wytwór ludzkiej wyobraźni. Inaczej skończylibyśmy na rozumieniu Królestwa Niebieskiego np. jako garści nasion.

Nie staram sie występować tutaj jako reprezentant gnostycyzmu, lecz osoba prezentująca prywatne poglady, a przyznająca się do gnostyckiego rozumienia religii i będąca jednocześnie członkiem Kościoła Katolickiego – i to bez przerwy, od dzieciństwa. Nigdy bowiem nie byłem członkiem jakiejkolwiek innej wspólnoty kościelnej, choć tu w Australii często (a nawet częściej) bywam w innych Kościołach niż katolicki.

Nie jest prawdą Twoje założenie, Tomaszu, że neguję uzasadnienie wiary chrześcijan odnośnie Marii na przestrzeni dziejów. Założenie to jest też wynikiem pewnego nieporozumienia. Bo ja neguję mariologię dzisiaj, a nie 15 wieków temu. Wierzenia odnoszące się do NMP były bowiem wynikiem okoliczności i miejsca. Wielu było bogów w starożytności, którzy rodzili się, potem umierali (najczęściej zabijani przez siepaczy złych mocy), a następnie powstawali z martwych – czy to już nastepnego dnia, czy też po trzech dniach. Tacy bogowie musieli mieć zatem swoje “matki boskie”, niektóre z nich będące szanowanymi kobietami, inne zaś boginiami. Chrystus żył w czasach, gdy wierzenia takie istniały już od setek lat np. w przypadku perskiego Mitrasa i jego “Matki Boskiej” znanej pod imieniem Anahita (“Anahita, Niepokalana Dziewica, Matka Mitrasa Pana”), Cybele, matka boga Attisa z Azji Mniejszej, która znana była jako “Mater Deum” (dosłownie: “Matka Boska”) lub nawet tysięcy lat (egipski Horus i jego matka Izyda). Kimkolwiek jednak taka matka nie była, zawsze musiała czymś pozytywnym wyróżniać się na tle innych matek. Nie brakowało więc dziewiczych porodów (np. w przypadku Ozyrysa-Dionizosa czy – w innej wersji tego samego mitu – Orfeusza-Bachusa). Doktryny wczesnego chrześcijaństwa dotyczące Marii, nawet jeśli nie były stuprocentowymi kopiami innych wierzeń, kształtowały się jednak w pewnej atmosferze intelektualnej, na którą owe religie wycisnęły swoje ewidentne piętno.

Nie neguję zatem owego uzasadnienia wiary, rozumianego jako tło historyczne. To bowiem właśnie owo tło jest samo w sobie uzasadnieniem kultów maryjnych (bo było ich sporo, choć najstarsze ślady tych kultów – powtarzam: kultów, a nie fascynacji – pochodzą z okresu nie wcześniejszego niż IV wiek n.e.). Nie podzielam natomiast zupełnie poglądu, że owo niegdysiejsze tło (juz nieistniejące) musi w dalszym ciągu (na zasadzie chyba jakiejś “martwej ręki”) ciążyć na obecnych ocenach i wierzeniach. Chciałbym jednak być dobrze zrozumiany: zajmując takie stanowisko nie próbuję nikomu “wybić z głowy” jego ewentualnych wierzeń czy poglądów. Błędne wrażenie w tym zakresie może wynikać z faktu, że często prezentuję swe poglądy “bez owijania w bawełnę”: raz np. powstrzymać się musiałem przed włożeniem do komentarza słów o tym, że moim zdaniem Maria tak sie ma w porównaniu do Joanny d’Arc, że mogłaby jej “pucować zbroję oraz miecz”, przez co nie miałbym zamiaru nikogo urażać, a jedynie podkreślić, że Joanna – jako osoba historyczna (a nie “teologiczna”) była w stanie kształtować historię w nieporównanie większym stopniu, niżby się to kiedykolwiek dało powiedzieć o Marii. Ostatecznie jednak nie użyłem wówczas tego określenia.

“Niepokalana jest Pani nasza, Izyda”

Nie inaczej ma sie rzecz z tymi naszymi dogmatami czy to o dziewictwie, niepokalanym poczęciu czy o wniebowzięciu: Semele, matka boga Dionizosa, również została wniebowzięta (samo święto Wzniebowzięcia, obchodzone przez chrześcijan w sierpniu, zastąpiło inne święto pogańskie, a mianowicie święto bogini Diany). Podobienstwa wizerunków Marii oraz rozmaitych “pogańskich” matek boskich były do tego stopnia uderzające, że niejednego wprawiały, a i dziś jeszcze też wprawiają, w osłupienie. Np. jak notują historycy, niektóre wizerunki NMP we Francji okazały się, po bliższym zbadaniu, wizerunkami egipskiej bogini Izydy (albo pokrewnych bogiń) lub też na niej były modelowane (nie mówiąc już o tym, że szereg kościołów poświęconych Marii stoi w miejscach kultu Izydy lub innych jej pogańskich odpowiedników). Na jednym z takich wizerunków znaleziono nawet inskrypcje: “Niepokalana jest Pani nasza, Izyda”.

Gnostykom chrześcijańskim też nie brakowało żeńskiego bóstwa zwanego Sophia, czyli Mądrość (a święto jej Wniebowziecia obchodzone jest w tym samym dniu, co Wniebowzięcie NMP), ale przecież dziś ze świecą trzebaby szukać (i to bez powodzenia!) jakiegokolwiek gnostyka wierzącego w literalne istnienie takiego bóstwa.

Krzywdę wyrządza się również tym niezliczonym chrześcijanom (głównie rzymskim katolikom), którzy przecież kiedyś i tak dojdą do tego, że “król jest nagi”, jeśli się tylko nad tym zastanowią; że te “szaty cesarza”, które na Marię włożyła dogmatyka, tak naprawdę nie istnieją. Będzie to tym boleśniejsze, że cała ta historia wpychana jest im do głów jako historyczna prawda, a nie nawet jako “mit będący nośnikiem prawdy”.

Tak, domyślam się pewnej możliwej kontry wobec moich wywodów, a mianowicie, że zastanawiać one muszą akurat, gdy ich autor mieni się gnostykiem, a wiadomo, że gnostycy wręcz od czasów ‘niepamiętnych’ prześcigali się w tworzeniu mitów, że pisali  dziesiątki ewangelii, w których “działy się” rzeczy pod mitologicznym względem usuwające w cien nawet te masy trupów z ewangelii Mateusza, co to w momencie śmierci Pomazańca wstały z grobów, przeczekały dwa następne dni gdzieś w ukryciu chyba, a gdy Pomazaniec zmartwychwstał, to one stadnie niczym tłum Frankensteinów przeparadowały przez Jerozolime, by się żywym pokazać. Tak, to prawda, gnostycy wymyślali ile wlazło, ale oni ze swych opowieści nie robili dogmatów “dawanych do wierzenia” (ale terminologia, co?).

Przyjrzyjmy się osobie

Jesli uważam, że o Marii niczego tak naprawdę nie wiemy, to oczywiście pogląd taki wyrażam po zapoznaniu się m.in. z tzw. ewidencją biblijna. Prawda, że są tam kwieciste zwroty, lecz wyjątkowo mało kryje się za nimi treści o tym kim była (poza tym, oczywiście, że była matką Jozuego). Ale nawet tu popełniano błędy przy formułowaniu doktryn maryjnych. Miała być “dziewicą” i fakt ten miał być “przepowiedziany” w Starym Testamencie, jednak hebrajskie “almah” nie oznacza tego, co zastosowane poźniej przy tłumaczeniu na grecki słowo “parthenos”. Almah to nie dziewica, a jedynie młoda kobieta. Bóg żydowski nie był narodzony (ani żaden żydowski bohater) z dziewicy. Z dziewic rodzili się natomiast bogowie pogańscy, stąd też fama o Jezusie narodzonym z Dziewicy to po prostu pogański mit zaadoptowany dla celów “teologicznych” chrześcijaństwa ortodoksyjnego.

Również doktryna o bezgrzeszności Marii bierze się z niedokładnego tłumaczenia – tym razem tekstu greckiego na łaciński. Skoro Maria była “łaski pełna” (“gratia plena”), to owa pełnia łaski miała oznaczać, według mitotwórców, że była ona bezgrzeszna. Jednak oryginalne greckie “kecharitomene” to przecież nie to, co “gratia plena”, gdyż to po grecku byłoby “pleris charitas”. Kecharitomene, to po prostu tyle, co “obdarzona łaską”. I absolutnie nic więcej.

Można jednak zrozumieć kolejne pokolenia mitotwórców kościelnych: najpierw zmagali się oni z podobnymi wierzeniami pogańskimi i pragnęli “wykazać”, że Chrystus jest jednak większym i znaczniejszym bogiem niz inni. Potem znów starali się sformułowane przez siebie doktryny “zabezpieczać” przed debatami poprzez dokooptowywanie nowych. Z czasem wytworzył się więc cały łańcuch coraz to dziwniejszych teorii, a wszystkie one bazowane na założeniach swoich poprzedniczek, jednak nie na jakimkolwiek materiale faktograficznym. Zazwyczaj jest tak, że gdy się kogoś chce sławić, to wyolbrzymia się jego dokonania. Nawet do tego stopnia, by je mitologizować, czy wręcz do ciągu prawdziwych dokonań kandydata dopisywać czyny, których nigdy nie dokonał. Tak więc filozofowi i mistykowi Pitagorasowi przypisywano przywracanie ludzi do życia i to na 6 stuleci przed narodzeniem Chrystusa. Potem to samo przypisywano Apoloniuszowi z Tiany i innym. Owi ludzie jednak, tak jak sam Pomazaniec, zajmowali się publiczną działalnoscią, nauczali, leczyli itd.

Mitotwórcy maryjni musieli jednak spostrzec (wyobrażam sobie, że ku swemu przerażeniu), że o Marii nic właściwie znaczącego nie da się powiedzieć. Że jak na matkę takiej postaci jak Jezus, jest ona wyjątkowo “blada”. Stworzono co prawda ewangelię (“według Jakuba”), mającą obrazować czystość charakteru Marii, trzeba jednak przyznać, że tworcy podobnych utworów wykazali wyjątkowo mało inwencji twórczej. Mogli przecież – przynajmniej teoretycznie – zrobić z niej wielką jednostkę dokonującą cudów dzięki boskiej inspiracji. Tymczasem obraz owej Marii – już nawet tej zmitologizowanej – to wciąż obraz (przepraszam za okreslenie) osoby nadzwyczaj przeciętnej, tyle że wyjątkowo pobożnej. Czy było to wynikiem obaw przed zbytnim “feminizowaniem” mitologii nowej religii, niechaj rozstrzygać to probują historycy.

Ewidentne jednak jest, rzuca się to wręcz w oczy, że nie dało się wskazać na jakiekolwiek fakty potwierdzające bodaj symboliczną wybitność tej postaci pod jakimkolwiek względem uzasadniającym jakikolwiek kult. Co więcej – owa Maria, tak rzekomo zespolona z Chrystusem i jemu do końca oddana, nie towarzyszyła mu na ogół, gdy chodził nauczać. Gdy zaś został pojmany i groziła mu śmierć, nie poszła nawet do sanhedrynu czy bodaj do Pontiusa, by wstawić się za swym synem! Matki osób nawet tylko uwięzionych starają się za nimi wstawiać i dowiadywać się o ich los. Chrystusowi zaś groziła śmierć, a ona nic!  W jednej ewangelii kanonicznej (“Jana”) Maria widziana jest pod krzyżem, ale nie w czasie drogi krzyżowej. Pod pałac arcykapłana szło za aresztowanym Chrystusem dwóch apostołów, Marii tam nie było; krzyż pomagał mu dźwigać jakiś przypadkowy, obcy mu zupełnie człowiek, znany nam jako Szymon z Cyrenajki, o Marii nawet pisarz się nie zająknął, czy była w pobliżu; po śmierci Chrystusa nie była nawet obecna podczas jego pogrzebu, ani też nie pojawiła się później przy jego grobie po “zmartwychwstaniu” (no, tego już za wiele, jak na “najlepszą”, “nierozerwalnie związaną” itd, nie sądzicie?). Sam zaś Chrystus (po swym zmartwychwstaniu) ukazywać się miał rozmaitym osobom, rzekomo ponad 500, ale wykazał niezwykłą wprost “powściągliwość” gdy przyszło do ukazania się własnej matce.

To, co nazywamy “Pieta” również nie ma oczywiście kanonicznego potwierdzenia i jest późniejszym produktem maryjnej mitologii. Ale przynajmniej Maria była pod krzyżem, więc dało się jakoś – per analogiam z innymi matkami – naciągnąć, upiększyć i wyszlifować. Tymczasem matki wstawiającej się za swym synem nie dało się z niej zrobić – nawet per analogiam z innymi matkami. Inaczej pewnie doczekalibyśmy się obok watykańskiej Piety równie pięknej rzeźby (może też Michała Anioła?) zwanej np. Maria Prosząca lub Maria Wstawienniczka, Matka Błagająca lub jakoś podobnie. A tymczasem nic, nic i nic.

I nawet nam najcześciej tego rodzaju wizerunek Marii nie przychodzi do głowy, bo już nie było najlichszej podstawy po temu, by w ogóle powstał. Spytaj siebie sam, Tomaszu, czy gdyby Ci ktoś porwał Twoją córkę (czego Ci oczywiście żadną miarą nie życzę!!!), to nie wpadłbyś w szał, nie starałbyś się dowiedzieć gdzie jest, a gdybyś się dowiedział, to nie udałbys się tam natychmiast, nawet na bosaka po śniegu, by przynajmniej złoczyncow ubłagać (jeśli już nie po to, by im – po męsku – “przemodelować” facjaty), by jej nie skrzywdzili? A jak zachowałaby się Twoja Żona? Czyż nie stałaby się błyskawicznie kimś, kto mógłby owej biblijnej Marii, tej “ciepłej klusce” bez wyrazu i charakteru, być postawione jako wzór do naśladowania?

Żydówka na egipskich nogach

Nie chcę przez powyższe powiedzieć, że Maria była wyrodną matką, ale w końcu jeśli ma być z niej taki ideał, jaki zbudowała teologia, to czemu nie jest to ideał? No, ale może – bo to też w końcu prawdopodobne – po prostu nikt nie zauważył jej bólu przed egzekucją Pomazańca. Pragnę natomiast wskazać Ci, jak nieprawdopodobnie uboga – wręcz nędzna – jest nasza wiedza o matce Jozuego Pomazańca, uboga w stopniu w pełni potwierdzającym i uzasadniającym stwierdzenie, że jest ona nieznana, że tak naprawde niczego o niej nie wiemy – o niej, z której mitotwórstwo późniejszych teologów uczyniło Gwiazdę Morza (“Stella Maris” – przydomek zerżnięty od pogan – konkretnie od Izydy!) oraz Królową Niebios (też rżnięte od pogan, też od Izydy zresztą, tak samo jak “Matka Boska”). Dochodzi wręcz do tego, że w dyskusji, w której stawiane jest pytanie, co ta Maria właściwie sławnego zrobiła, co by uzasadniało ten wyśrubowany do granic (a nawet daleko poza granice) absurdu jej kult, ktoś podaje jako powód, że… poprosiła Jezusa w Kanie Galilejskiej, by coś zrobił, gdy brakować zaczęło wina!!! Ktoś inny znów w owym “Magnifikat” z ewangelii widzi potwierdzenie “zaangażowania się na rzecz ubogich”!

Przypomnieć zatem warto, że zaangażowania na rzecz ubogich (czy w ogóle kogokolwiek) nie dowodzi się piejąc dytyramby pod własnym adresem, ale robiąc coś konkretnego, na co możnaby wskazać (dodać wypada, że zapowiedzi typu “sławić mnie będą wszystkie pokolenia” brzmią raczej jak samochwalstwo niż wyraz pokory). Najczęściej jednak odpowiedzią na podobne pytanie jest milczenie i w tym chyba wypadku zgodzić się należy z tezą, że “milczenie jest złotem”, bo istotnie lepiej milczeć niż kompromitować tę Marię doszczętnie i na pośmiewisko ją wystawiać. Była zapewne w gruncie rzeczy przyzwoitą osobą, ani wyróżniającą się ani negatywnie komuś podpadającą, jedną z wielu matek w I wieku naszej ery. Utrzymywana sztucznie cała ta misternie sklecona mitologia, i to w dodatku podniesiona do rzędu dogmatów sine qua non, kiedyś runie z tym większym hukiem im wyżej w chmurach tę kobietę utrzymuje. Oddawanie jej szacunku jako kobiecie i jako matce też by wystarczyło w dzisiejszej dobie, bez tego ultra-kanonizowania, które odpycha już dziś połowę wszystkich chrześcijan, a niechrześcijan przyprawia niemal o konwulsje śmiechu.

W samej tylko Francji istnieje ponad dwieście miejsc kultu “czarnej madonny”. Niemal we wszystkich spośrod owych ponad dwustu miejsc istniały miejsca kultów bogiń pogańskich. Tak więc w Chartres pierwsi misjonarze chrześcijańscy zrezygnowali nawet początkowo z nawracania miejscowej ludności, bo czciła ona boginię rodzącą dziecko. Uznali zatem, że chodziło tu o jakąś wczesną wersję kultu maryjnego. Pierwotna statua pozostała zatem tam, gdzie była. Nie ruszając jej, zbudowano wokół niej pierwszy kościół chrześcijański. I tak budowano tam jeden kościół za drugim aż do czasu zbudowania obecnej katedry. Ponieważ w czasie Rewolucji Francuskiej ta pierwotna statua została zniszczona, zastąpiono ją później inną, z ciemnego drewna.

Podobna historia wydarzyła sie w Le Puy, gdzie z kolei czczono boginię Cerridwan. Pierwotna statua też została zniszczona w czasie rewolucji. Ale później dokonano ciekawego odkrycia: owalny kamien w kolorze czerwonym, z wizerunkiem Izydy i napisem hieroglificznym cytowanym już powyżej. Pięciu papieży i piętnastu królów chrześcijańskich oddało tam cześć “czarnej dziewicy” oraz cała masa innych pielgrzymów. Między innymi w intencji zwycięstw swej sławnej córki modliła się tam Isabelle Romeé Darc (d’Arc), matka Joanny.

Możnaby co prawda odpowiedzieć, że owszem, modlili się w miejscu kultów pogańskich, ale zwracali się w końcu do Marii, nie do Izydy czy Cerridwan. Prawda, tylko że modląc się do Marii, modlili się do tego, co w niej bylo z Izydy. Gdyż Maria z ewangelii to nie była “pocieszycielka nasza, orędowniczka nasza, pani nasza”, bo taką to akurat była Izyda. Żałosnym zaś byłoby zanoszenie modłów  o wstawienie się za ludzi u Boga do osoby, która za swego życia nie wstawiła się nawet u ludzi za swym własnym synem. Modląc się więc do Marii, nieświadomie oddawali cześć mitowi Izydy, gdyż bez Izydy Maria jest niczym. Dlatego to właśnie Maria-Żydówka – jako przedmiot kultu – stoi na nogach bogini Egiptu.

Czy to oznacza, że Maria – taka jaką stworzył ją demiurg(1) zwany Teologią – nie może być osobą, z którą możnaby się utożsamiać? Sądzę, że sama praktyka, trwająca wiele stuleci wystarcza tu za wszelką odpowiedź: tak, można (jak najbardziej!) utożsamiać się i z taką właśnie Marią. Wierzenie samo w sobie wystarczy za wszelki argument. Ludzie dawali i bez przerwy dają przecież dowody, że utożsamiać się potrafią nawet z całkowicie fikcyjnymi postaciami, bohaterami powieści, opowiadań czy filmów. I też można wykazać, że te opowiadania i inne utwory fikcji są nośnikami prawdy. W końcu po coś przecież tworzy się sztukę, a prawdą jest przy tym, że pierwsze antyczne teatry wzięły się z przedstawień religijnych właśnie. Poganie za pomoca takich przedstawień wprowadzali swoich religijnych literalistów w ezoteryczne prawdy wiary, w ten sposób usiłując zapoznać ich z nieliteralistycznym znaczeniem przedstawianych mitów.

Jednak choćby nie wiedzieć jak piękny i przydatny jest mit, prędzej czy pózniej nadchodzi czas, że człowiek zdaje sobie sprawę, że jest to istotnie tylko mit. Piękny, użyteczny, ale mit. Alegoria zawsze była przydatna, czasy biblijne nie były żadnym wyjątkiem, Chrystus też się nią posługiwał.

Maria, ta Maria “demiurgostwa” “ojców kościoła” i ich następców, też jest ciekawą przypowieścią. I nie jest celem niniejszego tekstu stwierdzenie, że mit ten nie może istnieć. Piszący nie miałby przecież również niczego przeciw temu, aby dziś wznoszono nawet sanktuaria poświęcone Izydzie, jeśliby tylko znaleźli się chętni do praktykowania jej kultu i potrafili zebrać wystarczające fundusze (tak nawiasem: kult Izydy w postaci śladowej istnieje). Wiele sanktuariów maryjnych jest przecież pięknych i oferuje wspaniałą atmosferę do modlitwy, medytacji czy bodaj skupienia. Oferują one atmosferę, jakiej często próżno byłoby szukać w innych miejscach przeznaczonych dla kultu religijnego. Niech mi wolno będzie podzielić się tu fragmentem z pisanego pare lat temu “do szuflady” dziennika:

“Anglicy mawiają: “seeing is believing”. I coś w tym jest. Więc trzeba coś w kościele widzieć, a nie jedynie słyszeć. (…) mogłem zobaczyć ołtarze z obrazami, mogłem się cieszyć światłami, na ogół nieco przyciemnionymi w celu zapewnienia właściwej atmosfery. Widziałem świece, kielich, patene, baptysterium. Nie uchodziły mojej uwadze konfesjonały. Podobały mi się szaty liturgiczne w różnych kolorach, a każdy z nich ma swoje znaczenie. Ja tego znaczenia jeszcze wtedy nie rozumiałem, ale już same kolory przemawiały do mojej wyobraźni. I widziałem coś jeszcze: jak ludzie klękają, by przyjąć Hostię. Tego nigdy nie zapomnę: ksiądz z namaszczeniem wyciąga śnieżnobiałą hostię (nie wiedziałem wtedy jeszcze z czego jest zrobiona ani jak jest krucha – zmysł smaku więc zadziałać nie mogł – wyobrażałem sobie jednak ten smak – jako inny oczywiście niż w rzeczywistosci) (…) To zrobilo na mnie wielkie wrażenie! Bo przecież nie widzialem tych ludzi klęczących np. na ulicy przed “panem milicjantem” ani w sklepie przed rzeźnikiem. A tu przyklękali i to przed małą, kruchą hostią. “Więc to jest coś ważnego” – konkludowałem.”

Jak z powyższego widać, nieobce było mi to, co często utożsamia się z typową religijną ortodoksją katolicką. Oczywiście w momencie pisania powyższego nie wspominałem Marii, bo nawet skłaniając się ku ortodoksji nie miałem w sobie “maryjności”. Doceniałem jednak znaczenie barw i wizerunków (w tym też Marii), a przecież pisałeś, Tomaszu, że zmieniać zacząłeś swój stosunek do NMP pod wpływem ikon właśnie. Rzecz w tym jednak, że takim pięknem i atmosferą można oddać cześć również wielkości rzeczywistej, całkowicie historycznie dowiedzionej i to w stopniu niemniejszym niż mitowi i “dedukcjom” teologicznym.

Jeśli wielkość jednej osoby w jakimś stopniu dorównuje mitowi innej, to czemu oglądać się za mitem zamiast podążać za prawdą? Przecież religie oferować mają właśnie poszukiwanie prawdy, a nie czołobitność mitowi! My mielibyśmy “kontemplować” dziewictwo mityczne Marii, gdy tymczasem inne dziewice (i to autentyczne; nie-dziewice zreszta też) miały do zaoferowania praktyczny pokaz tego, do czego zdolny jest człowiek w swoim działaniu. Według listu przypisywanego Jakubowi w Nowym Testamencie wiarę pokazuje się czynem, a my mamy marnować czas na dogmaty, bo tak każe hierarchia. I potem ta hierarchia jeszcze twierdzi, że poza jej denominacja nie ma prawdy lub co najmniej pełnej prawdy. Troche jak u licytujacych się sklepikarzy: “tylko u nas, proszę państwa, tylko u nas!”.

Maria i… Horst Wessel

Najprawdopodobniej Horst Wessel był wyjątkowo przyzwoitym i ideowym młodym człowiekiem, jednym z tych, których nie powstydziłaby się “młodzieżówka” żadnej partii politycznej. Urodzony w 1907 roku w Bielefeld, przeżył najgorszy okres kryzysów politycznych i upadku gospodarczego Niemiec po I Wojnie Światowej. Zrezygnowal ze studiów, pragnąc być bliżej klasy robotniczej oraz bezrobotnych. Związał się z pewną byłą prostytutką oraz wstąpił do narodowosocjalistycznych “Oddziałów Szturmowych” (SA). W wieku niespelna 23 lat został zamordowany, nie wiadomo dokładnie czy przez byłego “boyfrienda” swojej ukochanej czy też przez jej byłego alfonsa. Stało się to w roku 1930. Naziści jeszcze nie sprawowali władzy i musieli na nią trochę poczekać. Jednak ten człowiek, który nigdy niczego wielkiego nie zdążył dokonać (kto wie, może i lepiej, bo nie wiadomo co by to mogło być, biorąc pod uwagę kierunek, w jakim poszła NSDAP), stał się jednym z najbardziej znanych nazistów w Niemczech, a potem także poza ich granicami. I jest znany po dziś dzien. Dlaczego?

Otóż około 3 lat przed śmiercią, będac mniej wiecej 20-latkiem, napisał on wiersz do pewnej melodii, który potem – wraz z tą melodią – stał się istną bombą jako pieśn polityczna, bodaj jedną z najbardziej nośnych pieśni politycznych XX wieku. Po raz pierwszy publicznie została ona odegrana i odśpiewana już bodaj podczas pogrzebu Wessela. Stała się stopniowo hymnem NSDAP i po dziś pozostaje najlepiej znaną pieśnią polityczną narodowego socjalizmu. Wessel stał się więc bohaterem partii, męczennikiem (twierdzono, że zamordował go komunista i kto wie, może coś z prawdy istotnie w tym jest), jego imieniem po 1933 roku nazywano place i ulice w Niemczech, doczekał się on nawet poświęconego sobie filmu fabularnego.

W czasie wojny jego nazwisko stało się nazwą jednostek wojskowych. Można sobie wyobrazić, że w razie wygranej, w Niemczech doczekałby się on zapewne niejednego pomnika i może nawet mauzoleum. Stałby się symbolem ruchu politycznego i – per analogia możemy też założyć – zapewne byłby on fetowany jako jeden z bohaterów walki o postęp. W swojej “denominacji” politycznej oczywiście. Nazizm jednak przegrał, “Horst-Wessel-Lied” także, przynajmniej do tego stopnia, że w niektórych krajach jego publiczne śpiewanie lub granie jest prawnie zabronione.

No dobrze, ale czy ten Horst Wessel ma właściwie cokolwiek wspólnego z Marią, matką Jezusa? Przecież ani chrześcijaństwo nie przegrało w historii (przynajmniej na razie), ani Wessel nie ma nic wspólnego z żadnym ruchem religijnym, nie urodził żadnego mesjasza (ani nie był “dziewicą”), służył niewłaściwemu ruchowi politycznemu i to jeszcze jako szturmowiec (SA-Mann). Czy więc kojarzenie jego z Najświętszą Marią Panną jest w ogole rzeczą właściwą? Czy nie mamy tu do czynienia z jakąś prowokacją?

Odpowiedź na wszystkie te trzy pytania jest tutaj pozytywna: tak, to jest prowokacja; tak, Wessel ma coś wspólnego z NMP (choć oczywiście nie wszystko); tak, porównanie jest jak najbardziej na miejscu. I to na miejscu właśnie z powodu tego, co wspólnego ma z Marią Horst Wessel:

Obydwie te osoby są mało znane ze związanych z nimi faktów; obydwie mało w życiu dokonały; obydwie stały się legendami swych ruchów (jednego religijnego i jednego politycznego), choć oczywiście tylko  jedna z nich na dodatek otaczana jest kultem religijnym. Przeciw żadnej z nich nie możnaby wysunąć jakichkolwiek zarzutów, nie można tak naprawdę przeprowadzić krytyki działalności żadnej z nich – bo nie są znane z żadnej poważnej działalności, więc nie można twierdzić, że tu i tam popełniły poważne błędy (nie mowiąc już o zbrodniach). Były chyba znane z dobrej strony i dlatego nadawały się znakomicie na mit. Można na takiej “białej karcie” napisać dosłownie wszystko, czego dusza (propagandzistów) zapragnie: można uczynić daną osobę ortodoksyjną do granic fanatyzmu; można też zrobić z niej osobę super-tolerancyjną; można jej przypisać oddanie innym ludziom (aż po grób), a nade wszystko można podkreślać ich pokorę, którą stawiać można jako wzór do naśladowania dla innych. Tak więc Maria to najlepsza matka, najczulsza, najbardziej współczująca, dosłownie niezrównana ani w czasach przed nią ani po wszystkie wieki wieków (Amen!). Horst natomiast to wyjatkowo ideowy młody człowiek, który rezygnuje z osobistej kariery życiowej, by całkowicie oddać się dziełu zbudowania lepszych warunków bytowych klas pracujących w swoim kraju, energiczny i żarliwy patriota, dla którego nie ma szczęścia osobistego, jeśli nie ma go w ojczyźnie (Heil!). Obydwie te postacie są wzorami i z obydwiema ludzie mogą się utożsamiać. Jeśli dziś z Wesselem utożsamia się niewielu, to dlatego, że nazizm przegrał i pociągnał za sobą do politycznego grobu tego człowieka. Jeśliby kiedykolwiek przegralo chrześcijanstwo, to i Maria pójdzie w zapomnienie. Oboje zatem “przepadliby” i to bez jakiejkolwiek winy własnej.

“Fundament chrześcijaństwa”?

Abraham jest uważany za praojca Żydów. Ale z piany morskiej się on nie narodził, miał jakąś matkę. Czy doczekała się ona u Żydow jakiegokolwiek zdogmatyzowania i czy traktowana jest przez nich niemal jako idealna “bogini” w stopniu, w jakim z Marii zrobiono ikonę samą w sobie? Co z matką Mojżesza? Co z matką Muhammada? Co z matką Buddy? Co z matką Bahaullaha? Czy wreszcie, by do najnowszych czasów sięgnąć, co z matką Rona L. Hubbarda (twórcy scjentologii)? Widzimy, że żaden z ruchów religijnych założonych przez powyższych przywódców nie zanika ani nie rozpada się z braku  wynoszenia na ołtarze matek swych założycieli. Zatem niesłuszny jest np. argument, ze “godząc w mariologię, godzimy w fundament chrześcijaństwa”. Godzimy w fundament mariologii, to jasne, zresztą też nie po to, by wykazać, że należy (trzeba, musimy*) się wierzeń maryjnych koniecznie pozbyć z Kościoła. Fundamentem chrześcijaństwa nie jest urodzenie się Pomazańca z takiej czy innej kobiety, lecz rodzaj przesłania tej religii. Tak na dobrą sprawę nie jest nawet godzeniem w fundament chrześcijanstwa kwestionowanie dogmatu o boskości Jezusa (czyli Jozuego).

To, co najwyżej jest godzeniem w fundament pewnej odmiany chrześcijanstwa, która (prawdopodobnie) może w końcu zaniknąć. Ale inne jego odmiany przetrwałyby. Te mianowicie, które nigdy nie posunęły się tak daleko, by z tego nauczyciela robić Boga. Dlatego też dla takiej odmiany jest to rzeczą najzupełniej obojętną czy ktoś demitologizuje Chrystusa i obdziera go z boskości czy nie. Ona takich wysiłków się nie boi i najzupełniej spokojnie może sobie na nie bimbać, w przeciwienstwie do fundamentalistów, którzy zdają się drżeć na wspomnienie każdej sugestii, ze J.Ch. nie był bogiem.

Dlatego też tak jak niepotrzebne mi są wizualne upiększenia, np. wizerunki Teresy z Lisieux nie mające niemal nic wspólnego z rzeczywistym, zachowanym na fotografiach wyglądem owej świętej, wizerunki, na których “modelowana” ona jest niemal na Ingrid Bergmann i jak są mi  niepotrzebne “do szczęścia” całkowicie fikcyjne “portrety” Chrystusa, na których jest on super-amantem o niebieskich oczach i długich blond włosach niczym “ideał aryjskości” z pewnych plakatów z lat 1933-45, tak też nie potrzebuję również upiększania Marii w teologicznym sensie.

Tak, uznaję w pełni użyteczność mitów i mitologii (toteż jeśli nazywam teologow mitologami, to niekoniecznie ma to u mnie znaczenie pejoratywne). Użyteczne one są i zawsze były, np. ta bajka o Krzysztofie (Christoforos). Lubię fikcję, choć nie do przesady. Dlatego też nie czytuję zbyt wielu powieści. Moją ulubioną powieścią jest “East of Eden” (“Na wschód od Edenu”) Johna Steinbecka. To motyw Kaina i Abla z ST, pokazany w realiach USA z przełomu XIX i XX wieku; przyznam, że u Steinbecka przedstawiony jest o całe niebo bardziej przekonująco niż w ST-owskim oryginale (rzeczywiście oryginale?). Nie zmienia to jednak faktu, że bardziej chylę czoła przed osobami o rzeczywistej i wykazanej historii.

Czy miałbym z tego powodu uważać, że godzę w fundamenty chrześcijanstwa?  W sytuacji, gdy przecież i sam Mistrz stwierdził był nawet (jeśli wierzyć przekazowi z ewangelii), że osoby posiadające wiarę dokonywać będą rzeczy większych niż jego własne?

Izyda jednak lepsza…

Jak na owe antyczne czasy, mit Izydy musiał być jednak wyjątkowo nośny. Pochodzący z Egiptu, szeroko rozpowszechnił się w krajach basenu Morza Środziemnego, w tym również w krajach cesarstwa rzymskiego. Kult oparty na nim stał się wkrótce najpopularniejszym kultem tego rodzaju. Wizerunki tej bogini wykazywały duże zrożnicowanie formy: inaczej wyglądały w Egipcie, inaczej w Grecji, a jeszcze inaczej w Rzymie, ale kult był ten sam. Dzisiejsi chrześcijanie, zwłaszcza ci, co – powodowani chęcią wykazania wyższości Marii – za wszelką cenę pragną ten kult “historycznie” zdyskredytować, cedząc przez zęby z pogardą uwagi o “jakiejś bogini płodności”, niechaj pamiętają, że bogini płodności to jednak było wówczas coś znacznie więcej niz żadna bogini (jak Maria…), tym bardziej, że Izyda była nie tylko boginią płodności, ale i mądrości oraz paru innych jeszcze rzeczy. I niechaj pamietają, że Izyda była najwyraźniej atrakcyjna również dla swych chrześcijańskich prześladowców (to niszczenie świątyń itd), skoro zdecydowali się oni scedować jej przymioty (a nawet przymiotniki odnoszące się do niej) na Marię. Na terenach południowej Francji przejmowali nawet wizerunki, jedynie je przemianowując. I aż do dziś nie ośmielili się nawet zmienić barwy owej czarnej dziewicy.

Tak, to prawda, większość obecnych wizerunków “Czarnej Madonny” pochodzi z czasów późniejszych i zawdzięcza swą barwę dymowi ze świec palonych obok nich przez setki lat. Jednak już sam fakt, że niemal w każdym miejscu kultu takiej madonny istniało miejsce kultu poprzednich odpowiedniczek Marii mówi sam za siebie. Nie wszystko można zatem “zwalić” na te świece. Zreszta Izyda też nie zawsze była przedstawiana jako czarna.

Tak jak kultura Grecji zawojowała podbijający ją Rzym, tak też Izyda podbiła zupełnie Marię i całkowicie zmieniła jej skromny początkowo wizerunek(2).

Napoleon przegrał pod Waterloo z Wellingtonem i Blűcherem, ale to właśnie jego imieniu miejsce to zawdziecza swą sławę. Kto zatem zwyciężył w historii? Zwycięstwo miewa różne oblicza…

Jeśli celem “wycieczki”, na którą mnie zaprosiłeś, Tomaszu, było ukazanie piękna i głębi duchowej obecnego kultu maryjnego, to “miecz” to obosieczny, walczy on bowiem również dla Izydy potwierdzając przy okazji to, o czym pisałem gdzie indziej: że “marianici” mają puste ręce, gdy chodzi o fakty dotyczące Marii-człowieka, to zaś, co mają dla kultu Marii, wcześniej “ukradli” Izydzie.

Prędzej czy później trzeba się zdecydować i dokonać wyboru: jeśli spojrzeć na Marię jako na człowieka, to przegrywa ona z innymi świętymi, a nawet z wieloma, co do żadnego kanonu nigdy nie zostali włączeni. Jeśli zaś punktem wyjścia ma być Maria jako mit, to przegrywa ona z Izydą. Izyda to bowiem coś więcej niż Maria. Maria to jedynie Matka Boska. Izyda zaś to nie tylko Matka Boska, ale matka wszelkiego życia. W swoim kraju “rozpoczęła” jako bogini Nilu, który wylewając rokrocznie nawadniał pola i użyźniał je czarnym mułem rzecznym. Cały więc Egipt zawdzięczał jej swe życie. To dlatego wyobrażano ją często jako czarną dziewicę. Nawet jej kapłani ubrani byli na czarno.

Ci, co z taka pasją bronia dziś kultu Marii, mogliby równie dobrze pochylić czoła przed jej wielką poprzedniczką, przed jej “siostrą”, “matką”, a nawet “babką”, od której tyle przejęli. Bo tak jak w nich samych płonie pasja dla “Przenajświętszej”, tak też w ich “starszych braciach w wierze” płonęła ta sama żarliwość dla Izydy.

Nie jestem wyznawcą Izydy, więc nie mogę też być wyznawcą kultu Marii. Ale jeśli cała ta historia ma mieć dla mnie wartość alegorii, to więcej już, Tomaszu, znalazłbyś we mnie “izydowca” niż “marianity”. Muszę jednak przyznać, że kult Marii, pielęgnowany na przestrzeni dziejów zakonserwował dość dobrze kult egipski, a istniejace stare sanktuaria maryjne, których Kościół Katolicki ma więcej niż tych dedykowanych bezpośrednio Chrystusowi, kryją w sobie fascynującą historię, składającą się na ten wspomniany przeze mnie we wstępie gmach, w którym maryjność jest tylko jedną wśród wielu komnat.

Michał Monikowski

Wyjaśnienie: wszystkie ilustracje zamieszczone w artykule przedstawiają wizerunki bogini Izydy.

Przypisy:

1. Demiurg bowiem nie tyle stwarzał ile raczej “urabiał, kształtował i modelował”, a teologia nie stworzyła ani Marii ani nawet tych wszystkich cech, które jej przypisała. Ona raczej posłużyła się materiałem już istniejącycm gdzie indziej, w ten sposób “modelując” Marię na to, czym miała ona się stać w kościele.

2. Zwłaszcza że rosnąca mitologia maryjna była wynikiem równie “puchniejącego” wizerunku Pomazańca: o ile bowiem jeszcze w II i III wieku przedstawiany był w swych wizerunkach jako skromny pasterz czy cudotwórca z czarodziejską różdżką w reku, to poczynając od IV wieku pojawiał się on już jako koronowany władca wszechświata. Co oczywiscie stanowiło również pośredni efekt wypadków politycznych w Rzymie.

Czy zatem znaczy to, że Maria zawdziecza swój kult wyłącznie Chrystusowi? Nie. W nowszych czasach bowiem spotykamy protestanckich chrześcijan ewangelikalnych, którzy, choć fundamentalistyczni w poglądach, akceptują nawet “dziewiczy poród”, to mariologii u nich nie ma co szukać. Ich wiara w cuda Nowego Testamentu ma jedno uzasadnienie: Chrystusa osobiście, nie Marię. Co oznacza, że mariologia jest zupelnie niepotrzebna nawet tym, co wierzą w boskosc Pomazanca.

Historia katolickiego i prawosławnego kultu maryjnego sięga jednak antyku. A wtedy trudno było akceptowac boskość kogoś, kogo matka nie jest “pół-boginią”. Wracamy zatem do punktu wyjścia: okoliczności czasu i miejsca. A za te w starożytności “odpowiedzialana” była głównie Izyda. Tak więc uzasadniona jest teza o Marii – córce Izydy.

Izyda a Maria


SOFIA (CHOCHMA/SZECHINA)

SOFIA

Mądrość Boga, współstworzycielka świata, przez wielu myślicieli i twórców chrześcijańskich uważana za kobiecy przejaw Boga objawiający się ludzkości oraz Ducha Świętego, trzecią osobę Trójcy. Sophia oznacza po grecku po prostu Mądrość.

O BOGINI

Sam koncept Sofii czyli Mądrości znany był już w czasach starożytności, zarówno Pitagoras jak Sokrates czy Platon rozumieli filozofię dosłownie jako philo (‘umiłowanie’) – sophię (‘mądrości’). Według Platona Mądrość była jedną z czterech cnót kardynalnych, stąd też wziął się też zapewne pomysł, że w państwie utopijnym rządzić powinni filozofowie (jako władcy wielbiący mądrość). Ta miłość do mądrości samej w sobie objawiła się także w postępowaniu Sokratesa, gdy ten stwierdził Wiem, że nic nie wiem! Takie stwierdzenie wbrew pozorom otwiera na Mądrość, bo jest się wtedy jak pusty dzban, do którego może ona napłynąć, jest też przeciwieństwem postawy sofistów, którzy twierdzili, że mogą mądrości nauczyć (za odpowiednią opłatą oczywiście). Późniejsi filozofowie hellenistyczni łączyli Sofię z Logosem (‘Słowem’), ta idea została potem przejęta przez Ewangelię św. Jana we wstępie (Na początku było Słowo…) i przejawia się w postrzeganiu Jezusa jako Słowo Boga Ojca.

Szczególny status ma Sofia w religiach monoteistycznych. W tradycji żydowskiej Mądrość to Hochma (Chochma/Hokma). Pojawia się ona w wielu księgach Starego Testamentu (Przysłów, Pieśń nad Pieśniami, Psalmów, Koheleta, Mądrości, Mądrości Syracha). Bardzo ważne dla interpretacji Mądrości Bożej są słowa w Księdze Przysłów, gdzie Mądrość mówi sama o sobie: Pan mnie stworzył, swe arcydzieło, jako początek swej mocy, od dawna, od wieków jestem stworzona, od początku, nim ziemia powstała.(…) Ja byłam przy Nim mistrzynią, rozkoszą Jego dzień po dniu, cały czas igrając przed Nim, igrając na okręgu ziemi, znajdując radość przy synach ludzkich (cytuję za Biblią Tysiąclecia, Prz 8:22). Istnieją spory co do tego fragmentu, niektórzy twierdzą, że jest to podstawa do przyjęcia iż Hochma to istota boska, a niektórzy uważają, że jest to tylko przedstawienie symboliczne (co jakoś mnie nie dziwi, bo w religiach monoteistycznych pierwiastek żeński jest zazwyczaj traktowany dosłownie symbolicznie ). Dodatkowo interpretację osobową wzmacnia pierwszy opis stworzenia człowieka w Księdze Genesis: A wreszcie rzekł Bóg: ‘Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam’ (Rdz, 1:26). Gdyby był faktycznie sam zapewne powiedziałby ‘mnie’, a nie ‘nam’. Co z ludzkiego, ograniczonego, ale jednak polegającego na logice punktu widzenia wydaje się być jak najbardziej uzasadnione, jako że do stworzenia potrzeba zarówno energii męskiej jak i żeńskiej.

Jak zapewne wiedzą osoby zainteresowane Kabałą Chochma to nazwa sefiroty na Drzewie Zycia, najbliższej wraz z Binah sefirze Kether (przy czym tam przedstawia energię męską). Natomiast słowo Szechina czyli Obecność Boga na Ziemi (np. w świątyni jerozolimskiej, w gorejącym krzaku, w którym Bóg objawił się Mojżeszowi, w natchnieniu proroków i króla Dawida kiedy tworzył psalmy) jest rodzaju żeńskiego co pozwala niektórym badaczom utożsamiać ją z Chochmą (na podstawie tego co sama o sobie mówi: cały czas igrając przed Nim, igrając na okręgu ziemi, znajdując radość przy synach ludzkich Prz 8:31). Według prawa żydowskiego tam gdzie zgromadzi się co najmniej siedmiu bogobojnych żydów, tam jest też i Szechina. W Kabale Szechina nazywana jest również Matronit, a w niektórych religijnych tradycjach żydowskich utożsamia się ją z Panną Młodą z Pieśni nad Pieśniami. Szechina to substancja kobiecości, z którą wg tradycji żydowskiej każdy mężczyzna ma kontakt poprzez swoją żonę, wg Kabały prawowierny żyd ma dwie towarzyszki: ziemską i niebiańską, misterium związku małżeńskiego objawia się tym, że obcując z ziemską towarzyszką zbliża się w sposób naturalny do niebiańskiej, bo ziemska jest jej obrazem. Istnieją również różne interpretacje co do imienia Ruach Ha Kodesh, którym Bóg jest nazywany w Księdze Psalmów 51:11 i w Księdze Izajasza, oznaczającego ‘iskrę bożą, przenikliwość, oddech, wiatr, siłę, która wprawia w ruch’ (‘ruach’ też jest rodzaju żeńskiego, podaję za http://www.tektonics.org/qt/shespirit.html).

W chrześcijaństwie Boska Mądrość jest również jednym z centralnych motywów, pojawia się w ewangeliach i listach apostolskich. Szczególnie czczona jest w chrześcijaństwie wschodnim, gdzie utożsamia się ją z Boskim Słowem (Logos), które wcieliło się w Chrystusa. W liturgii prawosławnej kapłan zapowiada czytanie Pisma św. słowem Sophia!, aby zwrócić na nie uwagę. Najlepszym przykładem tego ogromnego szacunku jakim darzy się Boską Mądrość jest oczywiście bazylika Hagia Sophia (potem zamieniona w meczet, a obecnie będąca muzeum).

Hagia Sophia

Hagia Sophia

Jednak także w chrześcijaństwie zachodnim pojawiały się osoby, które darzyły Sofię szczególną atencją takie jak Hildegarda z Bingen (poniżej jej obraz przedstawiający Sofię), Jakub Böhme szesnastowieczny wizjoner, którego filozofia miała wielki wpływ na późniejszych myślicieli czy Jane Leade, siedemnastowieczna mistyczka protestancka, która opisywała swoje wizje i dialogi z Sofią (podobnie jak Władimir Sołowjow, o którym będzie mowa później).

Sofia namalowana przez Hildegardę von Bingen

Oczywiście naturalnym wydawało się, żeby idąc za żydowską tradycją Chochmy i Szechiny przypisać Duchowi Świętemu cechy kobiece. Rzeczywiście w kościele w Urschalling w Górnej Bawarii zachowało się przedstawienie Trójcy jako Boga Ojca, Syna i Sofii:

Natomiast kiedy Stary i Nowy Testament zaczęły być tłumaczone na grekę Ducha św. zaczęto określać słowem ‘pneuma’ (dosłownie ‘oddech’, jest rodzaju nijakiego), a w przekładzie łacińskim użyto słowa Spiritus Sancti (i tu jest druga deklinacja czyli rodzaj zdecydowanie męski). Ducha św. przedstawiano albo jako mężczyznę (tutaj bardzo znana ikona Trójca Andrieja Rublowa, wszystkie osoby Trójcy są młodymi mężczyznami) albo jako gołębia.

Trzeba pamiętać, że gołębie zawsze były kojarzone z kobiecością (poniżej obraz Afrodyty autorstwa Hrany Janto), jednak zapewne gdyby zapytać przeciętnego chrześcijanina jak wygląda Trójca św. to odpowiedź brzmiałaby, Stary mężczyzna, młody mężczyzna i ptak .

Afrodyta z gołębiem

Natomiast najbardziej ideę Sofii rozwinął gnostycyzm, ruch religijno – filozoficzny rozwijający się w I i II w n.e. głównie na wschodnich ziemiach Cesarstwa Rzymskiego. Gnostycy czerpali inspirację z wielu wierzeń i systemów religijnych (judaizmu, chrześcijaństwa, helleńsko – rzymskich filozofów, zoroastrianizmu), a głównym ich założeniem było to, że materialny świat, w którym żyjemy jest niedoskonały i uwolnić z niego można się tylko poprzez gnozę czyli poznanie. Trudno jest je dzisiaj analizować ze względu na niewielką ilość zachowanych materiałów i poprzez to, że często poszczególne nurty różniły się od siebie, ale można zebrać pewne punkty wspólne:

1. Sofia jest żeńską emanacją z prapoczątku (co łączy ją z SigeCiszą Przed Powstaniem). Znajduje się w Pleromie czyli Pełni, Jedni z innymi emanacjami (eonami). Ma związek z postacią Mądrości Bożej znaną z mitologii żydowskiej, która pomaga stworzyć świat, choć w wersji gnostyckiej dzieje się to na sposób raczej przewrotny. Sofia jest emanacją Boga i reprezentuje jego żeński aspekt, który spontanicznie wyodrębnił się z nienazwanej istoty najwyższej, pierwotnego eonu (Jah/Bythos) jako jej „odbicie”, siła myślowa oraz mądrość. Razem z Chrystusem jest jego najniższą, najodleglejszą emanacją (aeony są sparowane, męskie i żeńskie istnieją razem).

2. Jej udziałem jest pierwsze poznanie, Sofia staje się brzemienna sama z siebie bez udziału Boga i wydaje z siebie Demiurga (Archonta, Jaldabaotha, cytuję The Secret Book of John ze zbiorów Nag Hammadi, tłumaczę z angielskiego, bo nie udało mi się dotrzeć do polskiej wersji: Wyłoniło się z niej coś, co było niedoskonałe i niepodobne w formie do niej samej, ponieważ poczęła je bez udziału małżonka. I niepodobne było do matki, bo przyjęło inną formę. Gdy ujrzała następstwo swej żądzy, zamieniło się ono w węża o obliczu lwa, a oczy jego były jako błyskawice. Odrzuciła je od siebie daleko tak by nikt z nieśmiertelnych nie mógł go zobaczyć, poczęła je bowiem z niewiedzy). Demiurg to twórca świata materialnego, który nie może być jednak doskonały, ponieważ brakuje mu pierwiastka duchowego. Demiurg nie wiedząc o istnieniu Boga sam się za takiego uważa. Stworzenie świata materialnego prowadzi do rozdzielenia pierwotnej boskiej jedności. Powody dla których Sofia staje się brzemienna są różne: albo jest to chęć odłączenia się od Boga, albo pycha, albo niepohamowania potrzeba tworzenia, albo szaleństwo.

Demiurg

3. Poprzez rozdzielenie boskiej jedności również Sofia zaczyna funkcjonować w dwóch postaciach: Sofii Ennoi czyli Sofii Wysokiej, Nieprzemijającej, Siły Myśli oraz Sofii Niskiej, zwanej Małą Sofią albo Sofią Śmierci. Sofia zawiera w ten sposób w sobie dwa pierwiastki: boski i ludzki.

4. Poprzez stworzenie Sofia zostaje uwięziona w świecie materialnym, a Bóg czując litość nad nią wysyła tam Chrystusa, dzięki któremu Sofia pozbywa się niskich przesłanek i powraca do jedności z boskością (w innej wersji pozostaje w świecie materialnym z miłości do ludzkości). Chrystus pojawia się na ziemi, aby nauczyć ludzi czym jest poznanie mądrości po to by mogli trafić do Pleromy.

Z tradycji gnostyckiej narodził się w dziewiętnastowiecznej Rosji ruch zwany sofiologią. Sofiologia to wiara w metafizyczne poznanie Absolutu poprzez kontemplację jego emanacji czyli Sofii, nurt ten rozpoczął Władimir Sołowjow, myśliciel i ezoteryk, jego doktrynę nazwano ‘mistyczną intuicją Sofii’. Według tego co sam twierdził przeżył trzy spotkania z Sofią doznając objawienia, pierwsze miało miejsce gdy miał 9 lat i w trakcie nabożeństwa ujrzał żeński wizerunek Boga. Kiedy dorósł a obraz ten nadal pojawiał się w jego snach, podjął się studiów teologicznych. Szczególną jego uwagę zwróciły texty Jakuba Böhme’go i Emanuela Swedenborga, zainteresował się też Kabałą, a wówczas w kolejnej wizji Sofia nakazała mu by wyjechał do Egiptu aby studiować wiedzę na jej temat. Prawdopodobnie ze względu na ten fakt Sofia miała aspekt Izydy (wizji towarzyszył zapach poświęconych tej bogini róż), ponadto to właśnie w Egipcie kult Izydy zaczął przeradzać się w wiarę w Sofię identyfikowaną z Marią, a wszelkie doktryny wyznające wiarę w żeński aspekt Mądrości Boga takie jak hermetyzm, gnoza i alchemia wywodziły się właśnie z Egiptu. Sofia objawiała się Sołowjowi a poprzez niego innym z przesłaniem, że świat zmienia się poprzez miłość i ludzkość, co pozwala wrócić do boskiej pełni.

Sołowjow zwracał uwagę, że bez względu na język jej imię ma zawsze żeński charakter: w hebrajskim Chochma/Chokma (Mądrość, Wiedza), w grece i rosyjskim Sophia (Mądrość), w hindi Maya (Idea, kobiece oblicze boskości), po łacinie Sapientia. Twierdził też, że w całej tradycji judeochrześcijańskiej nie jest ona oddzielnym bóstwem, a żeńską emanacją Boga. Postrzegał Sofię poprzez tradycję gnostycko – kabalistyczną, widział ją i jako Chochmę, i jako Szechinę (żeński początek w Bogu). Zachowały się przekazy za pomocą jego pisma automatycznego z napisem: An-Soph, Jah, Soph-Jah, co można przetłumaczyć jako An Soph – ‘Ukryty Bóg Kabały’, Soph – ‘Koniec’, Jah – ‘Nienazwany Bóg’. Całość oznacza, że Sofia to ‘koniec Boga’, jest ona ogniwem łączącym Boga z ludzkością, mediatorem między energią a materią (co odpowiada gnostyckiej tradycji Sofii jako eonu najbliższego Ziemi). Sołowjow przejął też tradycję kabalistyczną wierzącą iż w ukochanej kobiecie kryje się żeński element Boga, a miłość pozwala na powstanie jego widzialnego obrazu w świecie materii. Podąża też za rozważaniami Jakuba Bömhe’go nad tym, że śmierć to dezintegracja, która rozpoczęła się od rozdziału płci pierwotnej androgynicznej istoty, a nieśmiertelnym może być człowiek, który powrócił do jedni (stąd harmonijny, oparty na wyższych uczuciach związek z drugą osobą prowadzi do życia wiecznego).

Co ciekawe Sołowjow w dziewiętnastym wieku wiedzę o gnostycyzmie opierał głównie o texty przeciwników tego nurtu takich jak Ireneusz z Lyonu, Orygenes, Tertulian, Klemens Aleksandryjski czy Hipolit Rzymski, ponieważ wiele dzieł gnostyckich zostało odkrytych dopiero w latach czterdziestych dwudziestego wieku, kiedy to znalezione zostały zbiory z biblioteki Nag Hammadi i Qumran. A jednak mimo nieznajomości tych kluczowych dla gnostycyzmu dzieł, koncepcje sofiologiczne Sołowjowa pozostają w zaskakującej z nimi zgodności.

Sołowjow tworzył bardzo zmysłowe liryki do Sofii, przypominające relacje kapłana i bogini. Nazywał ją Wieczną Przyjaciółką, Królową, Boginią, Mistyczną Oblubienicą, Naturą Wszechświatą, Przepiękną Panią, Niebiańską Dziewicą, Dziewicą Wrót Tęczowych, Zorzą (Aurorą), Ewig Weibliche, Boehme, Sofia w jego twórczości ma wiele twarzy, ponieważ jest boska i może być wszystkim. Szczególne przesłanie miała dla Sołowjowa miłość fizyczna, ponieważ jest ona chemicznym połączeniem dwóch istnień, a co za tym idzie prowadzi do pełni (nawet miłość macierzyńska nie dorównuje jej pod tym względem, ponieważ temu uczuciu zawsze towarzyszy utrata indywidualności matki). Dlatego wyrazem czci dla Sofii jest budowanie dobrych relacji z innymi, zwłaszcza z kobietami, którym przypisywał szczególną rolę.

Sołowjow znalazł od razu naśladowców (a przecież objawienia były indywidualnym i bardzo intymnym przeżyciem): najpierw brata Michaiła i bratanka Siergieja, Aleksandra Błoka, Borisa Bugajewa, a pośrednio także Pawła Fłorienskiego, Nikołaja Bierdiajewa, a przede wszystkim Siergieja Bułgakowa, który Sofię widział nie jako osobę Trójcy, a byt współistniejący z nią i równie potężny, działający jako żeńska czwarta siła przy męskiej Trójcy (co zostało uznane za herezję). Dlaczego właśnie w Rosji rozwinął się ten nurt myślowy? Być może dlatego że nie przeżyła Oświecenia z jego kultem logiki i rozumowego postrzegania tak jak świat zachodni, a w prawosławiu zachowały się wpływy dawnych religii i ich wizje porządku kosmicznego stąd tak często spotykany mistycyzm i podążanie za mistrzami duchowymi. Na dodatek w drugiej połowie dziewiętnastego wieku obrazem kobiety w kulturze, sztuce i literaturze zachodnioeuropejskiej była femme fatale (szczególnie lubiany był motyw Salome z głową Jana Chrzciciela), prawdopodobnie ze względu na postępującą emancypację kobiet i strach przed utratą pozycji, jaki powodowała w umysłach mężczyzn. W tym czasie w Rosji panował zupełnie inny klimat, w połowie wieku dokonała się swego rodzaju rewolucja, która sprawiła, że idealnym modelem kobiety stała się partnerka intelektualna mężczyzny. Dlatego panny z dobrych domów były kształcone i zachęcane do rozwoju, oczywiście dotyczyło to tylko tej części społeczeństwa, która mogła sobie na to pozwolić finansowo.

WIZERUNKI, SYMBOLE I ZWIERZĘTA

W kulturze helleńskiej Sofia była raczej konceptem filozoficznym, ale pojawiały się także jej personifikacje, (na dowód: jej alegoryczna figura z Biblioteki Celsusa w Efezie). Podobnie było jeżeli chodzi o Szechinę, Izraelici mieli zakaz przedstawiania Boga poprzez rzeźby czy malunki, dlatego nie ma żadnych figur czy innych wizerunków Mądrości.

posąg z biblioteki w Efezie

W chrześcijaństwie zachodnim, tak jak już wspominałam, najbardziej charakterystycznym motywem jest gołąb, a we wschodnim bardzo rozwinięta jest ikonografia sofijna.

Jej symbolem w kulturze chrześcijańskiej jest też krąg z siedmioma kolumnami wiedzy (znowu Księga Przysłów: Mądrość zbudowała sobie dom i wyciosała siedem kolumn, Prz 9:1)

Istnieje też pewna zagadka związana z freskiem Stworzenie Adama Michała Anioła.Przypominam, gdyby ktoś nie skojarzył:

Przyjrzyjcie się uważnie i zwróćcie uwagę na postać o blond włosach, wyrazistym spojrzeniu i szczupłej sylwetce, która obejmuje Stwórcę i różni się od innych cherubinów.

Zastanawiano się kto to może być, ze względu na jej kobiecą urodę pojawiły się głosy, że to postać Ewy, która wkrótce zostanie stworzona, ale w innych częściach fresku Michał Anioł przedstawiał Ewę w zupełnie inny sposób:

W takim razie kto to jest? Otóż co najmniej kilkoro naukowców uważa, że ta postać to właśnie Sofia:

Zgodnie z Księgą Przysłów, od dawna, od wieków jestem stworzona, od początku, nim ziemia powstała.(…) Ja byłam przy Nim mistrzynią, rozkoszą Jego dzień po dniu, cały czas igrając przed Nim, igrając na okręgu ziemi, znajdując radość przy synach ludzkich, co sugeruje, że Sofia musiała być obecna przy tworzeniu człowieka (dodatkowo Genesis 1:26, Uczyńmy człowieka na NASZ obraz, podobnego NAM).

Jak dla mnie ma to sens 🙂

ZNACZENIE DYWINACYJNE

OSOBA

Ktoś kto posiada mądrość, a nie tylko wiedzę – w odróżnieniu od karty Ateny, która stawia na fakty i chłodną logikę tu chodzi bardziej o wewnętrzną mądrość gromadzoną poprzez obserwacje i niekoniecznie opartą o wiedzę książkową (w moim prywatnym rozumieniu karta Ateny oznacza studiowanie przedmiotów ścisłych podczas gdy Sophia mówi o humanistyce i językach obcych). Ta wiedza oparta jest o miłość oraz zrozumienie dla innych i niezależna od wieku, wykształcenia czy rasy. Ktoś kto pojawia się w karcie Sofii jest otwarty i wyrozumiały, a w negatywie powierzchowny, nie przewidujący konsekwencji i zarozumiały.

Zawody: naukowiec, wykładowca, nauczyciel (raczej akademicki niż np. w szkole podstawowej), wynalazca, osoba używająca w pracy intelektu i języka, a także wszelkiego rodzaju pośrednik.

RADA

Twoje myśli kreują twoją rzeczywistość, filtruj te, które mogą ci zaszkodzić.

Spójrz głębiej. Obserwuj bez osądzania. Sytuacja, o którą pytasz może wymagać od ciebie stanięcia wyżej niż inni. Ufaj swojej własnej wiedzy, a niekoniecznie temu co słyszysz dookoła. Wiedz kiedy warto mówić, a kiedy lepiej nie otwierać ust. Nie zniechęcaj się jeżeli początki są trudne, pojawi się pomoc.

Ta karta potwierdza, że twoje postrzeganie świata jest prawidłowe, ale możesz znajdować się w klatce struktur, przesądów i powierzchowności.

Możesz czuć się nierozumiany i niedoceniany. Ceną mądrości jest często samotność, ale pamiętaj, że wiedza ma niewielki wymiar jeżeli nie się nią nie dzieli. Inni mogą uczyć się od ciebie, a ty od innych.

Znajdź inspirację.

Nauka. Zrozumienie, oświecenie. Czas namysłu. Komunikacja. Pośrednictwo.

W MIŁOŚCI

Jeżeli jesteś w związku: często oznacza początki relacji, czas radości i zabawy w związku, ale przy innych kartach będzie mówiła o potrzebie wejścia na głębszy poziom, gdzie wymagane jest przemyślane postępowanie. Błąd partnera/-ki wynika z niewiedzy, nie ze złej woli.

Jeżeli jesteś samotny/-a: twoja samotność może wynikać z tego, że nie dojrzałeś do stałego związku.

W FINANSACH

Sytuacja może wymagać pomocy specjalisty lub pośrednika. Początek nowego przedsięwzięcia, ma szansę rozwinąć się ono pomyślnie nawet przy ewentualnych początkowych kłopotach. Nie nastawiaj się wyłącznie na zysk, spójrz z szerszej perspektywy.

W ZDROWIU

Uwaga na choroby psychosomatyczne i te wynikające ze stresu. Migreny. Bezsenność. Możliwa utrata ciąży lub przedwczesny poród. Szczególnie narażone części ciała: tym razem raczej psychika.

KARTY

Moim nie tylko ulubionym wizerunkiem Sofii, ale w ogóle ukochaną kartą we wszelkich możliwych taliach jest obraz Pameli Matthews z talii Goddesses of the New Light (nawiązujący do filozofii gnostyckiej)

Sofia w talii Goddess Inspiration Oracle Kris Waldherr przypomina trochę stylem ikony prawosławne (co jak najbardziej ma sens pamiętając jaką atencją darzy ją wschodnie chrześcijaństwo)

Sofia w The Goddess Oracle Hrany Janto&Amy Sophii Marashinsky, przedstawiona jest jako brzemienna (znowu zgodnie z tradycją gnostycką), w dłoniach trzyma kielich mądrości, a towarzyszy jej gołąb (tradycja zachodniochrześcijańska), widać też aureolę Szechiny nad jej głową (tradycja judaistyczna)

Sofia w Goddess Card Pack Juni Parkhurst, ma twarz Czarnej Madonny i róże przypisywane zarówno Izydzie jak i Marii

Sofia w The Goddess Oracle Deck Thalii Took, mam wrażenie, że to głębokie spojrzenie nawiązuje w jakiś sposób do fresku Michała Anioła, o którym była mowa powyżej

Sofia w Goddess: A New Guide to Feminine Wisdom Rivera Hustona&Patricii Languedoc (jako Chochma)

Sofia w Goddess: A New Guide to Feminine Wisdom Rivera Hustona&Patricii Languedoc

Na podstawie:

Rzeczycka Monika, Fenomen Sofii-Wiecznej Kobiecości w prozie powieściowej symbolistów rosyjskich (Andrieja Biełego, Fiodora Sołoguba, Walerija Briusowa), Gdańsk 2002, Divine Sophia: the Wisdom Writings of Vladimir Solovyov by Vladimir Sergeyevich Solovyov, Judith Deutsch Kornblatt (dostępna pod adresem http://books.google.pl/books?id=2qWndU- … &q&f=false ), The Christian Goddess: Archetype and Theology in the Fantasies of George MacDonald Bonnie Gaarden (dostępna pod adresem http://books.google.pl/books?id=tZi7V-y … &q&f=false ), http://www.jstor.org/pss/3045958, http://www.jstor.org/pss/1483492, http://www.oocities.org/athens/agora/6776/break1.htm , http://northernway.org/presentations/godwife/33.html i http://northernway.org/presentations/godwife/38.html i angielskiej wikipedii http://en.wikipedia.org/wiki/Sophia_(wisdom). Wszystkie cytaty za Biblią Tysiąclecia dostępną także online: http://biblia.deon.pl/rozdzial.php?id=546&werset=31#W31

A ponieważ był to chyba najbardziej złożony i obszerny post jaki do tej pory napisałam na temat jakiejkolwiek bogini to pozwolę nagrodzić samą siebie odpowiednią muzyką. Która innym też się przy okazji może spodobać.

Therion The Perennial Sophia (‘Odwieczna Sofia’)

I jeszcze zupełnie inna, ale równie dobra

Victoria Williams Holy Spirit (‘Duch św.’)