Tag Archives: cerridwen

Maria, Córka Izydy – Czyli Odpowiedź Gnostyka (repost)

Ostatnio natknęłam się na ciekawy artykuł Michała Monikowskiego traktujący o tym samym temacie, o którym pisałam już jakiś czas temu. Jest długi i wymaga koncentracji, ale pozwolę sobie przedstawić go w całości na swoim blogu, bo mam wrażenie, że nadal brakuje w tej kwestii wiedzy historycznej i głębszej refleksji. 

Anna ‘Lawenda’ Solun

————————-

Zostałem zaproszony przez red. Tomasza Terlikowskiego na wycieczkę po kulcie maryjnym. Zaproszenie z radością przyjąłem. Przyjąłem je dlatego, że było ono odpowiedzią na moje “dwa nagie miecze”, ale i dlatego, że tajemnic jest tu więcej niż w różańcu. Autor zaprosił mnie na wycieczkę jedynie do jednej komnaty. Teraz więc ja zapraszam Jego do obejrzenia paru innych komnat tej budowli, która większa jest niż całe chrześcijaństwo i znacznie od niego starsza.

Dziedzictwo naszych przodków

Przede wszystkim pragnę zacząć od wyjaśnienia pewnego nieporozumienia, jeśli chodzi o gnostycyzm. Nie biorę go Autorowi za złe, jako, że zdarza się ono bardzo często. Chodzi mianowicie o założenie, że dla gnostyków Bóg jest kimś “nieobecnym” oraz że jest on jedynie Bogiem Ducha, a nie materii. Faktem jest, że istnieją zachowane informacje o bardzo szczątkowym charakterze, pochodzące zarówno z czasow antycznych, jak i późnego średniowiecza, sugerujące takie nastawienie samych gnostyków. Mało jednak wiemy o rozmaitych odmianach gnostycyzmu i jego poglądów na ten temat. Mimo tego faktem jest – i to nawet bardziej decydującym – że gnostycyzm zmieniał swój charakter wraz z upływem czasu szybciej niż oficjalna kościelna ortodoksja. Stąd też np. rzymski katolicyzm, pomimo niewątpliwych zmian jest wciąż bardziej podobny do katolicyzmu XIII-wiecznego niż dzisiejszy gnostycyzm do katarskiego (semi-) gnostycyzmu.

Dzieje się tak dlatego, że o ile ortodoksyjne chrześcijaństwo zaliczane jest do tzw. religii objawionych, tj. religii, bazujących na przekonaniu, że Bóg objawił pewne niezmienne fakty na swój temat (np. w Biblii), to chrześcijaństwo gnostyckie bazuje na założeniu, że poprzez stopniowe poznawanie siebie oraz otaczającej rzeczywistości jesteśmy w stanie zbliżać się stopniowo do Boga. Bóg gnostyków doby dzisiejszej to Bóg, którego obecność odkryć można wszędzie. Bóg gnostyków zatem to nie tyle Bog “nieobecny”, lecz raczej “nieznany”, którego w związku z tym trzeba stopniowo poznawać. To Bóg, który nazywany jest często “ineffable” (dosł. “niewysłowiony”), ale nie dlatego, że się on nie “wysławia”, lecz dlatego, że trudno go scharakteryzować na podstawie takich czy innych przekazów, włączając “kanoniczne”.

Ten wstęp niechaj stanie się swego rodzaju wprowadzeniem w podstawowe różnice zachodzące w odbiorze problematyki religijnej przez obie strony: prawowierną i gnostycką.  Niejednokrotnie tak się bowiem składa (a miałem okazję również na tym portalu się z tym zetknąć), że polemiści niejako “przywołują” kogoś do porządku niejako z góry zakładając, że któreś z antycznych alegorii powinny charakteryzować poglądy gnostyków, stwierdzając np. “przecież ty, jako gnostyk…” (i tu następuje odwołanie sie do jakichś archaicznych wierzeń i alegorii sprzed co najmniej półtora tysiąca lat). Alegoria to jedynie sposób wyrażenia pewnej myśli, tak jak Jezusowe przypowieści to też nie “true stories”, tylko wytwór ludzkiej wyobraźni. Inaczej skończylibyśmy na rozumieniu Królestwa Niebieskiego np. jako garści nasion.

Nie staram sie występować tutaj jako reprezentant gnostycyzmu, lecz osoba prezentująca prywatne poglady, a przyznająca się do gnostyckiego rozumienia religii i będąca jednocześnie członkiem Kościoła Katolickiego – i to bez przerwy, od dzieciństwa. Nigdy bowiem nie byłem członkiem jakiejkolwiek innej wspólnoty kościelnej, choć tu w Australii często (a nawet częściej) bywam w innych Kościołach niż katolicki.

Nie jest prawdą Twoje założenie, Tomaszu, że neguję uzasadnienie wiary chrześcijan odnośnie Marii na przestrzeni dziejów. Założenie to jest też wynikiem pewnego nieporozumienia. Bo ja neguję mariologię dzisiaj, a nie 15 wieków temu. Wierzenia odnoszące się do NMP były bowiem wynikiem okoliczności i miejsca. Wielu było bogów w starożytności, którzy rodzili się, potem umierali (najczęściej zabijani przez siepaczy złych mocy), a następnie powstawali z martwych – czy to już nastepnego dnia, czy też po trzech dniach. Tacy bogowie musieli mieć zatem swoje “matki boskie”, niektóre z nich będące szanowanymi kobietami, inne zaś boginiami. Chrystus żył w czasach, gdy wierzenia takie istniały już od setek lat np. w przypadku perskiego Mitrasa i jego “Matki Boskiej” znanej pod imieniem Anahita (“Anahita, Niepokalana Dziewica, Matka Mitrasa Pana”), Cybele, matka boga Attisa z Azji Mniejszej, która znana była jako “Mater Deum” (dosłownie: “Matka Boska”) lub nawet tysięcy lat (egipski Horus i jego matka Izyda). Kimkolwiek jednak taka matka nie była, zawsze musiała czymś pozytywnym wyróżniać się na tle innych matek. Nie brakowało więc dziewiczych porodów (np. w przypadku Ozyrysa-Dionizosa czy – w innej wersji tego samego mitu – Orfeusza-Bachusa). Doktryny wczesnego chrześcijaństwa dotyczące Marii, nawet jeśli nie były stuprocentowymi kopiami innych wierzeń, kształtowały się jednak w pewnej atmosferze intelektualnej, na którą owe religie wycisnęły swoje ewidentne piętno.

Nie neguję zatem owego uzasadnienia wiary, rozumianego jako tło historyczne. To bowiem właśnie owo tło jest samo w sobie uzasadnieniem kultów maryjnych (bo było ich sporo, choć najstarsze ślady tych kultów – powtarzam: kultów, a nie fascynacji – pochodzą z okresu nie wcześniejszego niż IV wiek n.e.). Nie podzielam natomiast zupełnie poglądu, że owo niegdysiejsze tło (juz nieistniejące) musi w dalszym ciągu (na zasadzie chyba jakiejś “martwej ręki”) ciążyć na obecnych ocenach i wierzeniach. Chciałbym jednak być dobrze zrozumiany: zajmując takie stanowisko nie próbuję nikomu “wybić z głowy” jego ewentualnych wierzeń czy poglądów. Błędne wrażenie w tym zakresie może wynikać z faktu, że często prezentuję swe poglądy “bez owijania w bawełnę”: raz np. powstrzymać się musiałem przed włożeniem do komentarza słów o tym, że moim zdaniem Maria tak sie ma w porównaniu do Joanny d’Arc, że mogłaby jej “pucować zbroję oraz miecz”, przez co nie miałbym zamiaru nikogo urażać, a jedynie podkreślić, że Joanna – jako osoba historyczna (a nie “teologiczna”) była w stanie kształtować historię w nieporównanie większym stopniu, niżby się to kiedykolwiek dało powiedzieć o Marii. Ostatecznie jednak nie użyłem wówczas tego określenia.

“Niepokalana jest Pani nasza, Izyda”

Nie inaczej ma sie rzecz z tymi naszymi dogmatami czy to o dziewictwie, niepokalanym poczęciu czy o wniebowzięciu: Semele, matka boga Dionizosa, również została wniebowzięta (samo święto Wzniebowzięcia, obchodzone przez chrześcijan w sierpniu, zastąpiło inne święto pogańskie, a mianowicie święto bogini Diany). Podobienstwa wizerunków Marii oraz rozmaitych “pogańskich” matek boskich były do tego stopnia uderzające, że niejednego wprawiały, a i dziś jeszcze też wprawiają, w osłupienie. Np. jak notują historycy, niektóre wizerunki NMP we Francji okazały się, po bliższym zbadaniu, wizerunkami egipskiej bogini Izydy (albo pokrewnych bogiń) lub też na niej były modelowane (nie mówiąc już o tym, że szereg kościołów poświęconych Marii stoi w miejscach kultu Izydy lub innych jej pogańskich odpowiedników). Na jednym z takich wizerunków znaleziono nawet inskrypcje: “Niepokalana jest Pani nasza, Izyda”.

Gnostykom chrześcijańskim też nie brakowało żeńskiego bóstwa zwanego Sophia, czyli Mądrość (a święto jej Wniebowziecia obchodzone jest w tym samym dniu, co Wniebowzięcie NMP), ale przecież dziś ze świecą trzebaby szukać (i to bez powodzenia!) jakiegokolwiek gnostyka wierzącego w literalne istnienie takiego bóstwa.

Krzywdę wyrządza się również tym niezliczonym chrześcijanom (głównie rzymskim katolikom), którzy przecież kiedyś i tak dojdą do tego, że “król jest nagi”, jeśli się tylko nad tym zastanowią; że te “szaty cesarza”, które na Marię włożyła dogmatyka, tak naprawdę nie istnieją. Będzie to tym boleśniejsze, że cała ta historia wpychana jest im do głów jako historyczna prawda, a nie nawet jako “mit będący nośnikiem prawdy”.

Tak, domyślam się pewnej możliwej kontry wobec moich wywodów, a mianowicie, że zastanawiać one muszą akurat, gdy ich autor mieni się gnostykiem, a wiadomo, że gnostycy wręcz od czasów ‘niepamiętnych’ prześcigali się w tworzeniu mitów, że pisali  dziesiątki ewangelii, w których “działy się” rzeczy pod mitologicznym względem usuwające w cien nawet te masy trupów z ewangelii Mateusza, co to w momencie śmierci Pomazańca wstały z grobów, przeczekały dwa następne dni gdzieś w ukryciu chyba, a gdy Pomazaniec zmartwychwstał, to one stadnie niczym tłum Frankensteinów przeparadowały przez Jerozolime, by się żywym pokazać. Tak, to prawda, gnostycy wymyślali ile wlazło, ale oni ze swych opowieści nie robili dogmatów “dawanych do wierzenia” (ale terminologia, co?).

Przyjrzyjmy się osobie

Jesli uważam, że o Marii niczego tak naprawdę nie wiemy, to oczywiście pogląd taki wyrażam po zapoznaniu się m.in. z tzw. ewidencją biblijna. Prawda, że są tam kwieciste zwroty, lecz wyjątkowo mało kryje się za nimi treści o tym kim była (poza tym, oczywiście, że była matką Jozuego). Ale nawet tu popełniano błędy przy formułowaniu doktryn maryjnych. Miała być “dziewicą” i fakt ten miał być “przepowiedziany” w Starym Testamencie, jednak hebrajskie “almah” nie oznacza tego, co zastosowane poźniej przy tłumaczeniu na grecki słowo “parthenos”. Almah to nie dziewica, a jedynie młoda kobieta. Bóg żydowski nie był narodzony (ani żaden żydowski bohater) z dziewicy. Z dziewic rodzili się natomiast bogowie pogańscy, stąd też fama o Jezusie narodzonym z Dziewicy to po prostu pogański mit zaadoptowany dla celów “teologicznych” chrześcijaństwa ortodoksyjnego.

Również doktryna o bezgrzeszności Marii bierze się z niedokładnego tłumaczenia – tym razem tekstu greckiego na łaciński. Skoro Maria była “łaski pełna” (“gratia plena”), to owa pełnia łaski miała oznaczać, według mitotwórców, że była ona bezgrzeszna. Jednak oryginalne greckie “kecharitomene” to przecież nie to, co “gratia plena”, gdyż to po grecku byłoby “pleris charitas”. Kecharitomene, to po prostu tyle, co “obdarzona łaską”. I absolutnie nic więcej.

Można jednak zrozumieć kolejne pokolenia mitotwórców kościelnych: najpierw zmagali się oni z podobnymi wierzeniami pogańskimi i pragnęli “wykazać”, że Chrystus jest jednak większym i znaczniejszym bogiem niz inni. Potem znów starali się sformułowane przez siebie doktryny “zabezpieczać” przed debatami poprzez dokooptowywanie nowych. Z czasem wytworzył się więc cały łańcuch coraz to dziwniejszych teorii, a wszystkie one bazowane na założeniach swoich poprzedniczek, jednak nie na jakimkolwiek materiale faktograficznym. Zazwyczaj jest tak, że gdy się kogoś chce sławić, to wyolbrzymia się jego dokonania. Nawet do tego stopnia, by je mitologizować, czy wręcz do ciągu prawdziwych dokonań kandydata dopisywać czyny, których nigdy nie dokonał. Tak więc filozofowi i mistykowi Pitagorasowi przypisywano przywracanie ludzi do życia i to na 6 stuleci przed narodzeniem Chrystusa. Potem to samo przypisywano Apoloniuszowi z Tiany i innym. Owi ludzie jednak, tak jak sam Pomazaniec, zajmowali się publiczną działalnoscią, nauczali, leczyli itd.

Mitotwórcy maryjni musieli jednak spostrzec (wyobrażam sobie, że ku swemu przerażeniu), że o Marii nic właściwie znaczącego nie da się powiedzieć. Że jak na matkę takiej postaci jak Jezus, jest ona wyjątkowo “blada”. Stworzono co prawda ewangelię (“według Jakuba”), mającą obrazować czystość charakteru Marii, trzeba jednak przyznać, że tworcy podobnych utworów wykazali wyjątkowo mało inwencji twórczej. Mogli przecież – przynajmniej teoretycznie – zrobić z niej wielką jednostkę dokonującą cudów dzięki boskiej inspiracji. Tymczasem obraz owej Marii – już nawet tej zmitologizowanej – to wciąż obraz (przepraszam za okreslenie) osoby nadzwyczaj przeciętnej, tyle że wyjątkowo pobożnej. Czy było to wynikiem obaw przed zbytnim “feminizowaniem” mitologii nowej religii, niechaj rozstrzygać to probują historycy.

Ewidentne jednak jest, rzuca się to wręcz w oczy, że nie dało się wskazać na jakiekolwiek fakty potwierdzające bodaj symboliczną wybitność tej postaci pod jakimkolwiek względem uzasadniającym jakikolwiek kult. Co więcej – owa Maria, tak rzekomo zespolona z Chrystusem i jemu do końca oddana, nie towarzyszyła mu na ogół, gdy chodził nauczać. Gdy zaś został pojmany i groziła mu śmierć, nie poszła nawet do sanhedrynu czy bodaj do Pontiusa, by wstawić się za swym synem! Matki osób nawet tylko uwięzionych starają się za nimi wstawiać i dowiadywać się o ich los. Chrystusowi zaś groziła śmierć, a ona nic!  W jednej ewangelii kanonicznej (“Jana”) Maria widziana jest pod krzyżem, ale nie w czasie drogi krzyżowej. Pod pałac arcykapłana szło za aresztowanym Chrystusem dwóch apostołów, Marii tam nie było; krzyż pomagał mu dźwigać jakiś przypadkowy, obcy mu zupełnie człowiek, znany nam jako Szymon z Cyrenajki, o Marii nawet pisarz się nie zająknął, czy była w pobliżu; po śmierci Chrystusa nie była nawet obecna podczas jego pogrzebu, ani też nie pojawiła się później przy jego grobie po “zmartwychwstaniu” (no, tego już za wiele, jak na “najlepszą”, “nierozerwalnie związaną” itd, nie sądzicie?). Sam zaś Chrystus (po swym zmartwychwstaniu) ukazywać się miał rozmaitym osobom, rzekomo ponad 500, ale wykazał niezwykłą wprost “powściągliwość” gdy przyszło do ukazania się własnej matce.

To, co nazywamy “Pieta” również nie ma oczywiście kanonicznego potwierdzenia i jest późniejszym produktem maryjnej mitologii. Ale przynajmniej Maria była pod krzyżem, więc dało się jakoś – per analogiam z innymi matkami – naciągnąć, upiększyć i wyszlifować. Tymczasem matki wstawiającej się za swym synem nie dało się z niej zrobić – nawet per analogiam z innymi matkami. Inaczej pewnie doczekalibyśmy się obok watykańskiej Piety równie pięknej rzeźby (może też Michała Anioła?) zwanej np. Maria Prosząca lub Maria Wstawienniczka, Matka Błagająca lub jakoś podobnie. A tymczasem nic, nic i nic.

I nawet nam najcześciej tego rodzaju wizerunek Marii nie przychodzi do głowy, bo już nie było najlichszej podstawy po temu, by w ogóle powstał. Spytaj siebie sam, Tomaszu, czy gdyby Ci ktoś porwał Twoją córkę (czego Ci oczywiście żadną miarą nie życzę!!!), to nie wpadłbyś w szał, nie starałbyś się dowiedzieć gdzie jest, a gdybyś się dowiedział, to nie udałbys się tam natychmiast, nawet na bosaka po śniegu, by przynajmniej złoczyncow ubłagać (jeśli już nie po to, by im – po męsku – “przemodelować” facjaty), by jej nie skrzywdzili? A jak zachowałaby się Twoja Żona? Czyż nie stałaby się błyskawicznie kimś, kto mógłby owej biblijnej Marii, tej “ciepłej klusce” bez wyrazu i charakteru, być postawione jako wzór do naśladowania?

Żydówka na egipskich nogach

Nie chcę przez powyższe powiedzieć, że Maria była wyrodną matką, ale w końcu jeśli ma być z niej taki ideał, jaki zbudowała teologia, to czemu nie jest to ideał? No, ale może – bo to też w końcu prawdopodobne – po prostu nikt nie zauważył jej bólu przed egzekucją Pomazańca. Pragnę natomiast wskazać Ci, jak nieprawdopodobnie uboga – wręcz nędzna – jest nasza wiedza o matce Jozuego Pomazańca, uboga w stopniu w pełni potwierdzającym i uzasadniającym stwierdzenie, że jest ona nieznana, że tak naprawde niczego o niej nie wiemy – o niej, z której mitotwórstwo późniejszych teologów uczyniło Gwiazdę Morza (“Stella Maris” – przydomek zerżnięty od pogan – konkretnie od Izydy!) oraz Królową Niebios (też rżnięte od pogan, też od Izydy zresztą, tak samo jak “Matka Boska”). Dochodzi wręcz do tego, że w dyskusji, w której stawiane jest pytanie, co ta Maria właściwie sławnego zrobiła, co by uzasadniało ten wyśrubowany do granic (a nawet daleko poza granice) absurdu jej kult, ktoś podaje jako powód, że… poprosiła Jezusa w Kanie Galilejskiej, by coś zrobił, gdy brakować zaczęło wina!!! Ktoś inny znów w owym “Magnifikat” z ewangelii widzi potwierdzenie “zaangażowania się na rzecz ubogich”!

Przypomnieć zatem warto, że zaangażowania na rzecz ubogich (czy w ogóle kogokolwiek) nie dowodzi się piejąc dytyramby pod własnym adresem, ale robiąc coś konkretnego, na co możnaby wskazać (dodać wypada, że zapowiedzi typu “sławić mnie będą wszystkie pokolenia” brzmią raczej jak samochwalstwo niż wyraz pokory). Najczęściej jednak odpowiedzią na podobne pytanie jest milczenie i w tym chyba wypadku zgodzić się należy z tezą, że “milczenie jest złotem”, bo istotnie lepiej milczeć niż kompromitować tę Marię doszczętnie i na pośmiewisko ją wystawiać. Była zapewne w gruncie rzeczy przyzwoitą osobą, ani wyróżniającą się ani negatywnie komuś podpadającą, jedną z wielu matek w I wieku naszej ery. Utrzymywana sztucznie cała ta misternie sklecona mitologia, i to w dodatku podniesiona do rzędu dogmatów sine qua non, kiedyś runie z tym większym hukiem im wyżej w chmurach tę kobietę utrzymuje. Oddawanie jej szacunku jako kobiecie i jako matce też by wystarczyło w dzisiejszej dobie, bez tego ultra-kanonizowania, które odpycha już dziś połowę wszystkich chrześcijan, a niechrześcijan przyprawia niemal o konwulsje śmiechu.

W samej tylko Francji istnieje ponad dwieście miejsc kultu “czarnej madonny”. Niemal we wszystkich spośrod owych ponad dwustu miejsc istniały miejsca kultów bogiń pogańskich. Tak więc w Chartres pierwsi misjonarze chrześcijańscy zrezygnowali nawet początkowo z nawracania miejscowej ludności, bo czciła ona boginię rodzącą dziecko. Uznali zatem, że chodziło tu o jakąś wczesną wersję kultu maryjnego. Pierwotna statua pozostała zatem tam, gdzie była. Nie ruszając jej, zbudowano wokół niej pierwszy kościół chrześcijański. I tak budowano tam jeden kościół za drugim aż do czasu zbudowania obecnej katedry. Ponieważ w czasie Rewolucji Francuskiej ta pierwotna statua została zniszczona, zastąpiono ją później inną, z ciemnego drewna.

Podobna historia wydarzyła sie w Le Puy, gdzie z kolei czczono boginię Cerridwan. Pierwotna statua też została zniszczona w czasie rewolucji. Ale później dokonano ciekawego odkrycia: owalny kamien w kolorze czerwonym, z wizerunkiem Izydy i napisem hieroglificznym cytowanym już powyżej. Pięciu papieży i piętnastu królów chrześcijańskich oddało tam cześć “czarnej dziewicy” oraz cała masa innych pielgrzymów. Między innymi w intencji zwycięstw swej sławnej córki modliła się tam Isabelle Romeé Darc (d’Arc), matka Joanny.

Możnaby co prawda odpowiedzieć, że owszem, modlili się w miejscu kultów pogańskich, ale zwracali się w końcu do Marii, nie do Izydy czy Cerridwan. Prawda, tylko że modląc się do Marii, modlili się do tego, co w niej bylo z Izydy. Gdyż Maria z ewangelii to nie była “pocieszycielka nasza, orędowniczka nasza, pani nasza”, bo taką to akurat była Izyda. Żałosnym zaś byłoby zanoszenie modłów  o wstawienie się za ludzi u Boga do osoby, która za swego życia nie wstawiła się nawet u ludzi za swym własnym synem. Modląc się więc do Marii, nieświadomie oddawali cześć mitowi Izydy, gdyż bez Izydy Maria jest niczym. Dlatego to właśnie Maria-Żydówka – jako przedmiot kultu – stoi na nogach bogini Egiptu.

Czy to oznacza, że Maria – taka jaką stworzył ją demiurg(1) zwany Teologią – nie może być osobą, z którą możnaby się utożsamiać? Sądzę, że sama praktyka, trwająca wiele stuleci wystarcza tu za wszelką odpowiedź: tak, można (jak najbardziej!) utożsamiać się i z taką właśnie Marią. Wierzenie samo w sobie wystarczy za wszelki argument. Ludzie dawali i bez przerwy dają przecież dowody, że utożsamiać się potrafią nawet z całkowicie fikcyjnymi postaciami, bohaterami powieści, opowiadań czy filmów. I też można wykazać, że te opowiadania i inne utwory fikcji są nośnikami prawdy. W końcu po coś przecież tworzy się sztukę, a prawdą jest przy tym, że pierwsze antyczne teatry wzięły się z przedstawień religijnych właśnie. Poganie za pomoca takich przedstawień wprowadzali swoich religijnych literalistów w ezoteryczne prawdy wiary, w ten sposób usiłując zapoznać ich z nieliteralistycznym znaczeniem przedstawianych mitów.

Jednak choćby nie wiedzieć jak piękny i przydatny jest mit, prędzej czy pózniej nadchodzi czas, że człowiek zdaje sobie sprawę, że jest to istotnie tylko mit. Piękny, użyteczny, ale mit. Alegoria zawsze była przydatna, czasy biblijne nie były żadnym wyjątkiem, Chrystus też się nią posługiwał.

Maria, ta Maria “demiurgostwa” “ojców kościoła” i ich następców, też jest ciekawą przypowieścią. I nie jest celem niniejszego tekstu stwierdzenie, że mit ten nie może istnieć. Piszący nie miałby przecież również niczego przeciw temu, aby dziś wznoszono nawet sanktuaria poświęcone Izydzie, jeśliby tylko znaleźli się chętni do praktykowania jej kultu i potrafili zebrać wystarczające fundusze (tak nawiasem: kult Izydy w postaci śladowej istnieje). Wiele sanktuariów maryjnych jest przecież pięknych i oferuje wspaniałą atmosferę do modlitwy, medytacji czy bodaj skupienia. Oferują one atmosferę, jakiej często próżno byłoby szukać w innych miejscach przeznaczonych dla kultu religijnego. Niech mi wolno będzie podzielić się tu fragmentem z pisanego pare lat temu “do szuflady” dziennika:

“Anglicy mawiają: “seeing is believing”. I coś w tym jest. Więc trzeba coś w kościele widzieć, a nie jedynie słyszeć. (…) mogłem zobaczyć ołtarze z obrazami, mogłem się cieszyć światłami, na ogół nieco przyciemnionymi w celu zapewnienia właściwej atmosfery. Widziałem świece, kielich, patene, baptysterium. Nie uchodziły mojej uwadze konfesjonały. Podobały mi się szaty liturgiczne w różnych kolorach, a każdy z nich ma swoje znaczenie. Ja tego znaczenia jeszcze wtedy nie rozumiałem, ale już same kolory przemawiały do mojej wyobraźni. I widziałem coś jeszcze: jak ludzie klękają, by przyjąć Hostię. Tego nigdy nie zapomnę: ksiądz z namaszczeniem wyciąga śnieżnobiałą hostię (nie wiedziałem wtedy jeszcze z czego jest zrobiona ani jak jest krucha – zmysł smaku więc zadziałać nie mogł – wyobrażałem sobie jednak ten smak – jako inny oczywiście niż w rzeczywistosci) (…) To zrobilo na mnie wielkie wrażenie! Bo przecież nie widzialem tych ludzi klęczących np. na ulicy przed “panem milicjantem” ani w sklepie przed rzeźnikiem. A tu przyklękali i to przed małą, kruchą hostią. “Więc to jest coś ważnego” – konkludowałem.”

Jak z powyższego widać, nieobce było mi to, co często utożsamia się z typową religijną ortodoksją katolicką. Oczywiście w momencie pisania powyższego nie wspominałem Marii, bo nawet skłaniając się ku ortodoksji nie miałem w sobie “maryjności”. Doceniałem jednak znaczenie barw i wizerunków (w tym też Marii), a przecież pisałeś, Tomaszu, że zmieniać zacząłeś swój stosunek do NMP pod wpływem ikon właśnie. Rzecz w tym jednak, że takim pięknem i atmosferą można oddać cześć również wielkości rzeczywistej, całkowicie historycznie dowiedzionej i to w stopniu niemniejszym niż mitowi i “dedukcjom” teologicznym.

Jeśli wielkość jednej osoby w jakimś stopniu dorównuje mitowi innej, to czemu oglądać się za mitem zamiast podążać za prawdą? Przecież religie oferować mają właśnie poszukiwanie prawdy, a nie czołobitność mitowi! My mielibyśmy “kontemplować” dziewictwo mityczne Marii, gdy tymczasem inne dziewice (i to autentyczne; nie-dziewice zreszta też) miały do zaoferowania praktyczny pokaz tego, do czego zdolny jest człowiek w swoim działaniu. Według listu przypisywanego Jakubowi w Nowym Testamencie wiarę pokazuje się czynem, a my mamy marnować czas na dogmaty, bo tak każe hierarchia. I potem ta hierarchia jeszcze twierdzi, że poza jej denominacja nie ma prawdy lub co najmniej pełnej prawdy. Troche jak u licytujacych się sklepikarzy: “tylko u nas, proszę państwa, tylko u nas!”.

Maria i… Horst Wessel

Najprawdopodobniej Horst Wessel był wyjątkowo przyzwoitym i ideowym młodym człowiekiem, jednym z tych, których nie powstydziłaby się “młodzieżówka” żadnej partii politycznej. Urodzony w 1907 roku w Bielefeld, przeżył najgorszy okres kryzysów politycznych i upadku gospodarczego Niemiec po I Wojnie Światowej. Zrezygnowal ze studiów, pragnąc być bliżej klasy robotniczej oraz bezrobotnych. Związał się z pewną byłą prostytutką oraz wstąpił do narodowosocjalistycznych “Oddziałów Szturmowych” (SA). W wieku niespelna 23 lat został zamordowany, nie wiadomo dokładnie czy przez byłego “boyfrienda” swojej ukochanej czy też przez jej byłego alfonsa. Stało się to w roku 1930. Naziści jeszcze nie sprawowali władzy i musieli na nią trochę poczekać. Jednak ten człowiek, który nigdy niczego wielkiego nie zdążył dokonać (kto wie, może i lepiej, bo nie wiadomo co by to mogło być, biorąc pod uwagę kierunek, w jakim poszła NSDAP), stał się jednym z najbardziej znanych nazistów w Niemczech, a potem także poza ich granicami. I jest znany po dziś dzien. Dlaczego?

Otóż około 3 lat przed śmiercią, będac mniej wiecej 20-latkiem, napisał on wiersz do pewnej melodii, który potem – wraz z tą melodią – stał się istną bombą jako pieśn polityczna, bodaj jedną z najbardziej nośnych pieśni politycznych XX wieku. Po raz pierwszy publicznie została ona odegrana i odśpiewana już bodaj podczas pogrzebu Wessela. Stała się stopniowo hymnem NSDAP i po dziś pozostaje najlepiej znaną pieśnią polityczną narodowego socjalizmu. Wessel stał się więc bohaterem partii, męczennikiem (twierdzono, że zamordował go komunista i kto wie, może coś z prawdy istotnie w tym jest), jego imieniem po 1933 roku nazywano place i ulice w Niemczech, doczekał się on nawet poświęconego sobie filmu fabularnego.

W czasie wojny jego nazwisko stało się nazwą jednostek wojskowych. Można sobie wyobrazić, że w razie wygranej, w Niemczech doczekałby się on zapewne niejednego pomnika i może nawet mauzoleum. Stałby się symbolem ruchu politycznego i – per analogia możemy też założyć – zapewne byłby on fetowany jako jeden z bohaterów walki o postęp. W swojej “denominacji” politycznej oczywiście. Nazizm jednak przegrał, “Horst-Wessel-Lied” także, przynajmniej do tego stopnia, że w niektórych krajach jego publiczne śpiewanie lub granie jest prawnie zabronione.

No dobrze, ale czy ten Horst Wessel ma właściwie cokolwiek wspólnego z Marią, matką Jezusa? Przecież ani chrześcijaństwo nie przegrało w historii (przynajmniej na razie), ani Wessel nie ma nic wspólnego z żadnym ruchem religijnym, nie urodził żadnego mesjasza (ani nie był “dziewicą”), służył niewłaściwemu ruchowi politycznemu i to jeszcze jako szturmowiec (SA-Mann). Czy więc kojarzenie jego z Najświętszą Marią Panną jest w ogole rzeczą właściwą? Czy nie mamy tu do czynienia z jakąś prowokacją?

Odpowiedź na wszystkie te trzy pytania jest tutaj pozytywna: tak, to jest prowokacja; tak, Wessel ma coś wspólnego z NMP (choć oczywiście nie wszystko); tak, porównanie jest jak najbardziej na miejscu. I to na miejscu właśnie z powodu tego, co wspólnego ma z Marią Horst Wessel:

Obydwie te osoby są mało znane ze związanych z nimi faktów; obydwie mało w życiu dokonały; obydwie stały się legendami swych ruchów (jednego religijnego i jednego politycznego), choć oczywiście tylko  jedna z nich na dodatek otaczana jest kultem religijnym. Przeciw żadnej z nich nie możnaby wysunąć jakichkolwiek zarzutów, nie można tak naprawdę przeprowadzić krytyki działalności żadnej z nich – bo nie są znane z żadnej poważnej działalności, więc nie można twierdzić, że tu i tam popełniły poważne błędy (nie mowiąc już o zbrodniach). Były chyba znane z dobrej strony i dlatego nadawały się znakomicie na mit. Można na takiej “białej karcie” napisać dosłownie wszystko, czego dusza (propagandzistów) zapragnie: można uczynić daną osobę ortodoksyjną do granic fanatyzmu; można też zrobić z niej osobę super-tolerancyjną; można jej przypisać oddanie innym ludziom (aż po grób), a nade wszystko można podkreślać ich pokorę, którą stawiać można jako wzór do naśladowania dla innych. Tak więc Maria to najlepsza matka, najczulsza, najbardziej współczująca, dosłownie niezrównana ani w czasach przed nią ani po wszystkie wieki wieków (Amen!). Horst natomiast to wyjatkowo ideowy młody człowiek, który rezygnuje z osobistej kariery życiowej, by całkowicie oddać się dziełu zbudowania lepszych warunków bytowych klas pracujących w swoim kraju, energiczny i żarliwy patriota, dla którego nie ma szczęścia osobistego, jeśli nie ma go w ojczyźnie (Heil!). Obydwie te postacie są wzorami i z obydwiema ludzie mogą się utożsamiać. Jeśli dziś z Wesselem utożsamia się niewielu, to dlatego, że nazizm przegrał i pociągnał za sobą do politycznego grobu tego człowieka. Jeśliby kiedykolwiek przegralo chrześcijanstwo, to i Maria pójdzie w zapomnienie. Oboje zatem “przepadliby” i to bez jakiejkolwiek winy własnej.

“Fundament chrześcijaństwa”?

Abraham jest uważany za praojca Żydów. Ale z piany morskiej się on nie narodził, miał jakąś matkę. Czy doczekała się ona u Żydow jakiegokolwiek zdogmatyzowania i czy traktowana jest przez nich niemal jako idealna “bogini” w stopniu, w jakim z Marii zrobiono ikonę samą w sobie? Co z matką Mojżesza? Co z matką Muhammada? Co z matką Buddy? Co z matką Bahaullaha? Czy wreszcie, by do najnowszych czasów sięgnąć, co z matką Rona L. Hubbarda (twórcy scjentologii)? Widzimy, że żaden z ruchów religijnych założonych przez powyższych przywódców nie zanika ani nie rozpada się z braku  wynoszenia na ołtarze matek swych założycieli. Zatem niesłuszny jest np. argument, ze “godząc w mariologię, godzimy w fundament chrześcijaństwa”. Godzimy w fundament mariologii, to jasne, zresztą też nie po to, by wykazać, że należy (trzeba, musimy*) się wierzeń maryjnych koniecznie pozbyć z Kościoła. Fundamentem chrześcijaństwa nie jest urodzenie się Pomazańca z takiej czy innej kobiety, lecz rodzaj przesłania tej religii. Tak na dobrą sprawę nie jest nawet godzeniem w fundament chrześcijanstwa kwestionowanie dogmatu o boskości Jezusa (czyli Jozuego).

To, co najwyżej jest godzeniem w fundament pewnej odmiany chrześcijanstwa, która (prawdopodobnie) może w końcu zaniknąć. Ale inne jego odmiany przetrwałyby. Te mianowicie, które nigdy nie posunęły się tak daleko, by z tego nauczyciela robić Boga. Dlatego też dla takiej odmiany jest to rzeczą najzupełniej obojętną czy ktoś demitologizuje Chrystusa i obdziera go z boskości czy nie. Ona takich wysiłków się nie boi i najzupełniej spokojnie może sobie na nie bimbać, w przeciwienstwie do fundamentalistów, którzy zdają się drżeć na wspomnienie każdej sugestii, ze J.Ch. nie był bogiem.

Dlatego też tak jak niepotrzebne mi są wizualne upiększenia, np. wizerunki Teresy z Lisieux nie mające niemal nic wspólnego z rzeczywistym, zachowanym na fotografiach wyglądem owej świętej, wizerunki, na których “modelowana” ona jest niemal na Ingrid Bergmann i jak są mi  niepotrzebne “do szczęścia” całkowicie fikcyjne “portrety” Chrystusa, na których jest on super-amantem o niebieskich oczach i długich blond włosach niczym “ideał aryjskości” z pewnych plakatów z lat 1933-45, tak też nie potrzebuję również upiększania Marii w teologicznym sensie.

Tak, uznaję w pełni użyteczność mitów i mitologii (toteż jeśli nazywam teologow mitologami, to niekoniecznie ma to u mnie znaczenie pejoratywne). Użyteczne one są i zawsze były, np. ta bajka o Krzysztofie (Christoforos). Lubię fikcję, choć nie do przesady. Dlatego też nie czytuję zbyt wielu powieści. Moją ulubioną powieścią jest “East of Eden” (“Na wschód od Edenu”) Johna Steinbecka. To motyw Kaina i Abla z ST, pokazany w realiach USA z przełomu XIX i XX wieku; przyznam, że u Steinbecka przedstawiony jest o całe niebo bardziej przekonująco niż w ST-owskim oryginale (rzeczywiście oryginale?). Nie zmienia to jednak faktu, że bardziej chylę czoła przed osobami o rzeczywistej i wykazanej historii.

Czy miałbym z tego powodu uważać, że godzę w fundamenty chrześcijanstwa?  W sytuacji, gdy przecież i sam Mistrz stwierdził był nawet (jeśli wierzyć przekazowi z ewangelii), że osoby posiadające wiarę dokonywać będą rzeczy większych niż jego własne?

Izyda jednak lepsza…

Jak na owe antyczne czasy, mit Izydy musiał być jednak wyjątkowo nośny. Pochodzący z Egiptu, szeroko rozpowszechnił się w krajach basenu Morza Środziemnego, w tym również w krajach cesarstwa rzymskiego. Kult oparty na nim stał się wkrótce najpopularniejszym kultem tego rodzaju. Wizerunki tej bogini wykazywały duże zrożnicowanie formy: inaczej wyglądały w Egipcie, inaczej w Grecji, a jeszcze inaczej w Rzymie, ale kult był ten sam. Dzisiejsi chrześcijanie, zwłaszcza ci, co – powodowani chęcią wykazania wyższości Marii – za wszelką cenę pragną ten kult “historycznie” zdyskredytować, cedząc przez zęby z pogardą uwagi o “jakiejś bogini płodności”, niechaj pamiętają, że bogini płodności to jednak było wówczas coś znacznie więcej niz żadna bogini (jak Maria…), tym bardziej, że Izyda była nie tylko boginią płodności, ale i mądrości oraz paru innych jeszcze rzeczy. I niechaj pamietają, że Izyda była najwyraźniej atrakcyjna również dla swych chrześcijańskich prześladowców (to niszczenie świątyń itd), skoro zdecydowali się oni scedować jej przymioty (a nawet przymiotniki odnoszące się do niej) na Marię. Na terenach południowej Francji przejmowali nawet wizerunki, jedynie je przemianowując. I aż do dziś nie ośmielili się nawet zmienić barwy owej czarnej dziewicy.

Tak, to prawda, większość obecnych wizerunków “Czarnej Madonny” pochodzi z czasów późniejszych i zawdzięcza swą barwę dymowi ze świec palonych obok nich przez setki lat. Jednak już sam fakt, że niemal w każdym miejscu kultu takiej madonny istniało miejsce kultu poprzednich odpowiedniczek Marii mówi sam za siebie. Nie wszystko można zatem “zwalić” na te świece. Zreszta Izyda też nie zawsze była przedstawiana jako czarna.

Tak jak kultura Grecji zawojowała podbijający ją Rzym, tak też Izyda podbiła zupełnie Marię i całkowicie zmieniła jej skromny początkowo wizerunek(2).

Napoleon przegrał pod Waterloo z Wellingtonem i Blűcherem, ale to właśnie jego imieniu miejsce to zawdziecza swą sławę. Kto zatem zwyciężył w historii? Zwycięstwo miewa różne oblicza…

Jeśli celem “wycieczki”, na którą mnie zaprosiłeś, Tomaszu, było ukazanie piękna i głębi duchowej obecnego kultu maryjnego, to “miecz” to obosieczny, walczy on bowiem również dla Izydy potwierdzając przy okazji to, o czym pisałem gdzie indziej: że “marianici” mają puste ręce, gdy chodzi o fakty dotyczące Marii-człowieka, to zaś, co mają dla kultu Marii, wcześniej “ukradli” Izydzie.

Prędzej czy później trzeba się zdecydować i dokonać wyboru: jeśli spojrzeć na Marię jako na człowieka, to przegrywa ona z innymi świętymi, a nawet z wieloma, co do żadnego kanonu nigdy nie zostali włączeni. Jeśli zaś punktem wyjścia ma być Maria jako mit, to przegrywa ona z Izydą. Izyda to bowiem coś więcej niż Maria. Maria to jedynie Matka Boska. Izyda zaś to nie tylko Matka Boska, ale matka wszelkiego życia. W swoim kraju “rozpoczęła” jako bogini Nilu, który wylewając rokrocznie nawadniał pola i użyźniał je czarnym mułem rzecznym. Cały więc Egipt zawdzięczał jej swe życie. To dlatego wyobrażano ją często jako czarną dziewicę. Nawet jej kapłani ubrani byli na czarno.

Ci, co z taka pasją bronia dziś kultu Marii, mogliby równie dobrze pochylić czoła przed jej wielką poprzedniczką, przed jej “siostrą”, “matką”, a nawet “babką”, od której tyle przejęli. Bo tak jak w nich samych płonie pasja dla “Przenajświętszej”, tak też w ich “starszych braciach w wierze” płonęła ta sama żarliwość dla Izydy.

Nie jestem wyznawcą Izydy, więc nie mogę też być wyznawcą kultu Marii. Ale jeśli cała ta historia ma mieć dla mnie wartość alegorii, to więcej już, Tomaszu, znalazłbyś we mnie “izydowca” niż “marianity”. Muszę jednak przyznać, że kult Marii, pielęgnowany na przestrzeni dziejów zakonserwował dość dobrze kult egipski, a istniejace stare sanktuaria maryjne, których Kościół Katolicki ma więcej niż tych dedykowanych bezpośrednio Chrystusowi, kryją w sobie fascynującą historię, składającą się na ten wspomniany przeze mnie we wstępie gmach, w którym maryjność jest tylko jedną wśród wielu komnat.

Michał Monikowski

Wyjaśnienie: wszystkie ilustracje zamieszczone w artykule przedstawiają wizerunki bogini Izydy.

Przypisy:

1. Demiurg bowiem nie tyle stwarzał ile raczej “urabiał, kształtował i modelował”, a teologia nie stworzyła ani Marii ani nawet tych wszystkich cech, które jej przypisała. Ona raczej posłużyła się materiałem już istniejącycm gdzie indziej, w ten sposób “modelując” Marię na to, czym miała ona się stać w kościele.

2. Zwłaszcza że rosnąca mitologia maryjna była wynikiem równie “puchniejącego” wizerunku Pomazańca: o ile bowiem jeszcze w II i III wieku przedstawiany był w swych wizerunkach jako skromny pasterz czy cudotwórca z czarodziejską różdżką w reku, to poczynając od IV wieku pojawiał się on już jako koronowany władca wszechświata. Co oczywiscie stanowiło również pośredni efekt wypadków politycznych w Rzymie.

Czy zatem znaczy to, że Maria zawdziecza swój kult wyłącznie Chrystusowi? Nie. W nowszych czasach bowiem spotykamy protestanckich chrześcijan ewangelikalnych, którzy, choć fundamentalistyczni w poglądach, akceptują nawet “dziewiczy poród”, to mariologii u nich nie ma co szukać. Ich wiara w cuda Nowego Testamentu ma jedno uzasadnienie: Chrystusa osobiście, nie Marię. Co oznacza, że mariologia jest zupelnie niepotrzebna nawet tym, co wierzą w boskosc Pomazanca.

Historia katolickiego i prawosławnego kultu maryjnego sięga jednak antyku. A wtedy trudno było akceptowac boskość kogoś, kogo matka nie jest “pół-boginią”. Wracamy zatem do punktu wyjścia: okoliczności czasu i miejsca. A za te w starożytności “odpowiedzialana” była głównie Izyda. Tak więc uzasadniona jest teza o Marii – córce Izydy.

Izyda a Maria


RECENZJA: THE GODDESS CARD PACK JUNI PARKHURST

THE GODDESS CARD PACK. DISCOVERING YOUR GODDESS WITHIN (Pakiet Kart Bogini. Odkrywając W Sobie Boginię)

Juni Parkhurst

O AUTORCE

Niestety, to jedna z tych rzadkich sytuacji, kiedy nie jestem w stanie podać informacji na temat autorki, ponieważ niewiele mogę znaleźć. W książeczce dołączonej do talii nie ma jej biografii, nie posiada również swojej strony internetowej ani profilu na mediach społecznościowych. Wydaje się nie istnieć w Internecie, udało mi się jedynie znaleźć adres miejsca, gdzie przyjmuje jako hipnoterapeutka (w książeczce wspomniane jest również, że stawia karty bogiń oraz organizuje warsztaty na temat bogiń). Należy do UK Association for Humanistic Psychology Practitioners.

Jeżeli ktoś wie cokolwiek na jej temat, to proszę o podesłanie mi informacji.

ZALETY

Pierwszą zaletą jest z całą pewnością szeroki zakres kultur uwzględnionych w talii, znajdują się tu boginie z różnych stron świata.

Obrazy po raz kolejny okazują się plusem talii, wszystkie są jasne, kolorowe i podobne w stylu do artystów ekspresjonistycznych i fowistycznych takich jak Munch czy Matisse. Wydają się odrobinę niedbałe i dziecinne, ale to też może być traktowane jako zaleta, bo ten prosty i bezpośredni sposób przedstawienia odwołuje się natychmiast do intuicji rozkładającego. Intuicja jest podstawowym, pierwotnym i bezpośrednim zmysłem, a zatem kolorowe, nieskomplikowane obrazy mogą być bardzo pomocne w zapędzeniu jej do pracy. Oczywiście, tak jak zawsze powtarzam za starożytnymi Rzymianami de gustibus non est disputandum i dla niektórych będzie to stanowiło wadę tej talii.

Oklaski należą się za włączenie w skład jedynie prawdziwych bogiń, nie ma tu karty Marii.

Kolejną ogromną zaletą jest próba nadania struktury talii kart – wyroczni. Cała talia jest podzielona na sześć części rządzonych przez archetypowe bóstwa uosabiające poszczególne cechy: Afrodyta, Kali, Diana, Hekate, Atena i Demeter. Aby odnaleźć boginię, która najbardziej obrazuje naturę rozkładającego, należy wypełnić krótki test osobowościowy. Każda bogini rządząca grupą jest następnie opisana poprzez streszczenie mitologii na jej temat oraz współczesny odpowiednik w psychologii, podane są również wizualizacje i rytuały oraz znaczenie dywinacyjne.

Inne boginie przypisane są do grup rządzonych przez wyżej wspomniane bóstwa.

Grupa Kali Bogiń Ciemnej Strony Księżyca

Pele

Meduza

Lilith

Sekhmet

Grupa Demeter Bogiń Które Żywią

Gaja

Brigid

Kwan Yin

Sofia

Grupa Hekate Bogiń Uświęconych Misteriów Uzdrawiania

Persefona

Hygieja

Ostara

Zmieniająca Się Kobieta (Changing Woman)

Grupa Diany Bogiń Natury

Yemanya

Ceres

Cerridwen

Chalchiuhtlicue

Grupa Ateny Bogiń Wojowniczek

Morrigan

Wiktoria

Freja

Inanna

Grupa Afrodyty Bogiń Miłości i Seksu

Frigg

Izyda

Lakszmi

Oszun

Uważam, że to zaleta tej talii, w końcu taki temat jak mitologia bogiń wydaje się być znakomitym źródłem archetypów gotowych na to by przełożyć je na współczesne realia. W zasadzie to jestem zdumiona, że większość talii kart bogiń nie zwraca uwagi na ten aspekt, tylko koncentruje się na elementach przesłań i kultu.

WADY

Podział ów może jednak równie dobrze być traktowany jako wada, ponieważ jest kontrowersyjny. Przypisanie rządzących bogiń do ich grup może być kwestionowane. Niektóre boginie są raczej wszechstronne i trudno zaklasyfikować je do tylko jednej kategorii, Sekhmet mogłaby równie dobrze być boginią wojowniczką, Freja i Inanna są równie silnie postrzegane jako patronki miłości i seksu co wojny, a Lakszmi wydaje się pasować do grupy bogiń żywicielek. Osobiście chciałabym zobaczyć jeszcze jedną nową grupę bogiń mądrości, inteligencji oraz inspiracji z Sofią, Brigid i Ateną.

W mojej opinii wydanie kart jest byle jak zrobione, o ile wręcz nie niechlujne. W książeczce znajdują się zarówno błędy rzeczowe (wspominałam już w moim poście o Demeter, że Ceres nie była grecką, a łacińską boginią) jak i zwykłe literówki (‘Eostara’, ‘The Morrogon’ and ‘Lakshimi’). Instynktownie zaczęłam szukać nazwiska korektora, ale takowego nie znalazłam. Informacje na temat wydania są bardzo skąpe, tak jakby całą robotę przy stworzeniu tej talii wykonała tylko jedna osoba. Podane jest uznanie praw autorskich Juni Parkhurst, ale tylko w odniesieniu do tekstu, a nie obrazów tak jak ja (i zapewne większość użytkowników) na początku sądziła! A więc kto stworzył obrazy? Podobnie jak w innej publikacji wydawnictwa Godsfield Press’ czyli The Goddess Power Pack nie ma bezpośredniej wzmianki, ba! nie ma nawet listy osób uczestniczących w procesie wydawania jak w przypadku kart Cordelii Brabbs, zatem nie możemy się nawet domyślać kto wykonał robotę ilustracyjną. Jeszcze bardziej zbiło mnie z tropu to co przeczytałam w książeczce:

Juni Parkhurst domaga się uznania moralnego prawa do bycia rozpoznawanym jako autorka tej pracy.

‘Moralnego’? Dla mnie to brzmi dwuznacznie… Jeżeli chodzi o prawa autorskie to w zwyczaju jest ustanowienie jasnego i precyzyjnego przypisania ich aby uniknąć jakichkolwiek możliwych sporów prawnych, natomiast słowo ‘moralne’ ma zbyt wiele znaczeń by być dokładnym. To nie pierwszy raz, gdy publikacji z Godsfield’s Press brakuje jasności (odsyłam do mojej recencji Goddess Power Pack). Nie będę dalej zagłębiać się w ten temat, ale z całą pewnością traktuję to jako ogromną wadę tej talii.

Aby podsumować, pozwolę sobie zacytować rosyjskie przysłowie mówiące, że chcieliśmy dobrze, a wyszło jak zawsze

WYDANIE

30 kart

książeczka zawierająca wstęp, informacje na temat tego jak używać talii, test ‘Którą Boginią Jesteś?’, opisy bogiń, rady na temat tego jak używać kart (jak je wykładać, kilka rozkładów, jak interpretować karty), słynne typy bogiń oraz index

pudełko

box juni pankhurst

W książce jako omówienie każdej karty ujęte są:

opisy bogini rządzącej grupą (historia, dzień obecny, wyzwania, miłość, rytuał, wizualizacja, znaczenie dywinacyjne)

+

inne boginie (słowa klucze i krótkie znaczenie dywinacyjne)

Rozmiar kart to 13,5 x 8 cm

Koszulkę stanowi  brązowo-żółte ryby pływające w błękitnych falach.

PRZYKŁADOWE KARTY

Atena

Atena w Goddess Card Pack Juni Parkhurst

Brigid

Brigid w Goddess Card Pack Juni Parkhurst

Demeter

Demeter w Goddess Card Pack Juni Parkhurst

Izyda

Izyda – Hathor w Goddess Card Pack Juni Parkhurst

Lakszmi

Lakszmi w Goddess Card Pack Juni Parkhurst

Koszulka

back side juni parkhurst

© 1999 Godsfield Press i text © 1999 Juni Pankhurst

Wydawca: Godsfield Press/Sterling

ISBN: 0 – 8069 – 9903 – 9

Afrodyta
Atena
Brigid
Ceres
Cerridwen
Chalchihuitlicue
Zmieniająca Się Kobieta (Changing Woman)
Demeter
Diana
Eostre
Freja
Frigg
Gaja
Hekate
Hygieja
Inanna
Izyda
Kali
Kuan Yin
Lakszmi
Lilith
Meduza
Morrigan
Oszun
Pele
Persefona
Sekhmet
Sofia
Wiktoria
Yemanya

 

RECENZJA: TALIA UNIVERSAL GODDESS TAROT MARII CARATTI & ANTONELLI PLATANO

UNIVERSAL GODDESS TAROT (Uniwersalny Tarot Bogiń)

O AUTORKACH

MARIA CARATTI przepowiada przyszłość za pomocą Tarota, run, I Ching oraz kryształowej kuli, zajmuje się też magią, a koncentruje na kulcie Wielkiej Bogini, pogaństwie i czarach. Jest również autorką Wheel of the Year Tarot, Wicca Divination Kit oraz współpracowała przy taliach Secret Forest Tarot i Harmonious Tarot. Mieszka z kotami.

Więcej o niej na jej stronie: http://www.mariacaratti.com/

ANTONELLA PLATANO (‘MagicaAntodalleManidOro“‘ czyli Magiczna Antonella o Złotych Rękach jak nazywa ją Maria Caratti) jest włoską rysowniczką. Urodziła się 12 lutego 1973 w Cuneo, w 1991 ukończyła szkołę plastyczną. Od zawsze pasjonowały ją komixy,  współpracuje z wydawnictwem Sergio Bonelli Editore specjalizującym się w ich tworzeniu (jest współautorką takich tytułów jak Legs Weaver i Nathan Never), pracowała także z innymi wydawnictwami takimi jak San Paolo i Rainbow. Ilustrowała kilka popularnych talii wydawnictwa Lo Scarabeo: Witchy Tarot, Gay Tarot, Tarot of the 78 Doors czy Wheel of the Year Tarot.  Jej ulubionymi technikami artystycznymi są ołówek i tusz. Nie natknęłam się na jej osobistą stronę internetową, ale tutaj znajduje się jej profil w Wikii na temat komixów.

To jest strona talii w wydawnictwie Lo Scarabeo, tutaj znajdują się anglojęzyczne recenzje, a na kanale Marii Caratti można obejrzeć wszystkie karty talii. Na swoim facebookowym profilu Maria Caratti zamieściła m.in. wstępne szkice wykonane przez Antonellę Platano do tej talii.

ZALETY

Przede wszystkim zaletą jest to, że autorki faktycznie zawarły w talii 78 bogiń i nimf z mitów z całego świata, całkiem dobrze dopasowały je do charakteru poszczególnych Arkan, w talii znalazły się i najważniejsze boginie w historii ludzkości, i te prawie zupełnie nieznane, które zmuszają do szukania, buszowania i googlowania. Maria Caratti pisze, że na początku miała pomysł na talię The Ladies of Magic składającą się z około czterdziestu kart i koncentrującą na zagadnieniach związanych Wicca, jednak Piero Alligo, dyrektor artystyczny wydawnictwa Lo Scarabeo, zaproponował jej stworzenie talii Tarota, gdzie do każdego Arkanu przyporządkowana byłaby bogini. Było to prawdziwe wyzwanie wymagające poszukiwań w mitologiach, legendach oraz folklorze całego świata, wyzwanie powiązania mitów, żywiołów i symboli bogini z oryginalnym znaczeniem karty Tarota, o którym wspominałam już przy okazji recenzowania talii The Goddess Tarot.

Większość z wyborów jakie dokonała autorka z powodzeniem łączy ze sobą zarówno mity związane z boginiami jak podstawowe znaczenie danej karty Tarota. Do tych szczególnie udanych mogłabym zaliczyć Atenę jako Cesarza, Afrodytę jako Kochanków, Hekate jako Pustelnika, Arianrhod jako Koło Fortuny, Isztar jako Moc, Kali jako Śmierć, Lilith jako Diabła, Morrigan jako Wieżę i Gaję jako Świat. W Małych Arkanach w znaczenia tarotowe świetnie wpasowują się Psyche (Dwójka Pucharów), Latona (Piątka Pucharów), Maja (Siódemka Pucharów), Kalipso (Ósemka Pucharów), Hestia (Dziesiątka Pucharów), Yemanya (Królowa Pucharów), Saraswati (Król Pucharów), Sif (Piątka Mieczy), Nehalennia (Szóstka Mieczy), Blodeuwedd (Siódemka Mieczy), Fortuna (As Monet), Junona (Królowa Monet) i Lakszmi (Król Monet).

Boginie w większości przypadków przedstawione są w sytuacjach i miejscach zgodnych z tradycją kultury, w której są/były wyznawane i mają charakterystyczne dla siebie atrybuty (z drobnymi wyjątkami, o których poniżej).

Układ oraz nazewnictwo w talii są zapożyczone z tradycyjnego Tarota Marsylskiego (Sprawiedliwość z numerem osiem i Moc jako jedenasta z kolei), autorki zachowały oryginalne nazwy kart z wyjątkiem Koła Fortuny, które tu występuje po prostu jako Koło oraz karty Gwiazdy (ukazane są na niej Plejady, więc nazwa przyjmuje liczbę mnogą).

WADY

Tak jak jako zalety wymieniłam dobrze dopasowane znaczeniowo karty, tak samo mogłabym wymienić te, co do których dopasowania mam poważne zastrzeżenia. Zaczynając od Wielkich Arkan, nie mogę się zgodzić na to by Demeter, bogini ziemi i wegetacji, reprezentowała kartę powiązanego z żywiołem ognia Maga. Sądzę, że znacznie bardziej pasowałaby tu Brigid, pojawiająca się w tej talii jako Król Buław. Zupełnie nie rozumiem przypisania Kuan Yin do karty Królowej Buław. Po pierwsze: kompletnie nie pasuje mi znaczeniowo, a po drugie raczej kojarzy się ją z żywiołem wody, a nie ognia jaki reprezentują Buławy. W opowieściach z nią związanych pojawia się wprawdzie przedstawiony na karcie motyw pożaru, ale to raczej element fabuły, nie charakteryzuje on bohaterki. Naprawdę nie widzę Kuan Yin jako Królowej Buław, jest raczej jej zupełnym przeciwieństwem smirk2. Dopasowałabym do tej karty zupełnie nieobecną w talii Freję. Nie bardzo rozumiem też powody przypisania Flory do prędkiej jak świst strzały Ósemki Buław (szczególnie że w książeczce dołączonej do kart zachęca: Połóż się na trawie i zamknij oczy), tutaj raczej widziałabym Iris (Irydę) dopasowaną w talii akurat do karty Rycerza Buław. Oyę, widziałabym nie jako Pazia Buław, a Rycerza Mieczy (jest tradycyjnie związana z żywiołem powietrza, burzami i wyrażaniem się czyli domeną Mieczy). Nie bardzo rozumiem też co Królowa Nieba Inanna robi na ziemskiej aż do bólu karcie Czwórki Monet.

Pojawia się też problem podstawowy: czy bogini to naprawdę bogini zeby? Co zrobić z postaciami, które nie są jednoznacznie oznaczone w opowieściach jako kobiety? Czy na pewno warto ryzykować umieszczenie ich w talii? O ile w przypadku Lan Tsai Ho (Lan Caihe), jednego/jednej z Ośmiu Nieśmiertelnych, którego/której płeć jest nieustalona, przyporządkowanego/przyporządkowanej do arkanu Głupca może mieć to uzasadnienie (niejednoznaczność, brak ukierunkowania, wiele różnych możliwości, coś z czego może narodzić się wszystko), to w przypadku Akychy (Siódemki Buław) pojawia się problem, bo według dostępnych mi źródeł jest płci męskiej. Na karcie Dziesiątki Buław pojawia się też ciekawy motyw Kajnis/Kajneusa, który z uwagi na mit o niej/nim opowiadający uważam za dobrze dobrany do charakteru tej karty Tarota, tyle tylko że idąc tym tropem w talii mógłby się też pojawić Tejrezjasz.

Niestety, nie jestem tak jak Maria Caratti zachwycona rysunkami Antonelli Platano. Nie podoba mi się ta kreskówkowo – komixowa stylistyka. Z tego co się orientuję to opinie co do talii publikowanych przez wydawnictwo Lo Scarabeo są różne, jest na pewno mnóstwo zwolenników, ale tych mniej zachwyconych też całkiem spora grupa. Wiadomo, de gustibus non disputandum, ale mam prawo przyczepić się także do sposobu przedstawiania bogiń. O ile większość bogiń jest narysowanych zgodnie z tradycją to nie podoba mi się niezgodność ubioru z epoką i cywilizacją na niektórych kartach (najwyraźniejszym przykładem tego trendu są Pandora na Czwórce Kielichów, Nehalennia na Szóstce Mieczy, Rhiannon jako Rycerz Mieczy, Aine jako Rycerz Monet).

pandora

nehalennia1

Rhiannon w Universal Goddess Tarot Marii Caratti&Antonelli Platano

aine

Szczerze powiedziawszy to nie wiem czy to celowy zabieg, czy po prostu pomyłka (chociaż po tak żmudnych przygotowaniach od strony merytorycznej wydaje się to raczej niemożliwe). Może w tej akurat dziedzinie jestem tradycjonalistką, ale po prostu nie odpowiada mi takie podejście, jeżeli oglądam karty bogiń czy serial historyczny to chcę jednak widzieć stroje z danej epoki i cywilizacji a nie rewię mody a la boginie czy pokaz “inspirowany przez” jakąś dynastię. No chyba że chodzi o celowe uwspółcześnienie tak jak w talii Cordelii Brabbs.

WYDANIE

78 kart + 2 dodatkowe, tytułowa i z informacjami o taliach wydawnictwa

książeczka w językach: angielskim, włoskim, hiszpańskim, francuskim i niemieckim ze wstępem autorek, krótkim znaczeniem Wielkich i Małych Arkan oraz rozkładem o nazwie Świątynia

opakowanie

universal goddess tarot

W książeczce dołączonej do talii jako omówienie każdej karty ujęte jest króciutkie przedstawienie każdej bogini w narracji pierwszoosobowej i jej przesłanie zgodne z podstawowym znaczeniem danej karty Tarota.

Rozmiar kart to 12 x 6,5 cm

Koszulkę stanowi podwójny profil kobiecy połączony hexagramem wpisanym w motyw wikkański.

PRZYKŁADOWE KARTY

Atena jako Cesarz

Athena w Universal Goddess Tarot Marii Caratti&Antonelli Platano

Brigid jako Król Buław

Brigid w Universal Goddess Tarot Marii Caratti&Antonelli Platano

Demeter jako Mag

Demeter w Universal Goddess Tarot Marii Caratti&Antonelli Platano

Izyda jako Arcykapłanka

Izyda – Hathor w Universal Goddess Tarot Marii Caratti&Antonelli Platano

Lakszmi jako Król Monet

Lakszmi w Universal Goddess Tarot Marii Caratti&Antonelli Platano

Siódemka Buław

seven of wands

Dziewiątka Pucharów

nine of chalices

Piątka Mieczy

sif1

Siódemka Monet

seven of pentacles

Koszulka

back side of universal goddesss tarot

©2006 Copyright Lo Scarabeo

Wydawca:  Lo Scarabeo

ISBN: 888395523-4

WIELKIE ARKANA

 0. GŁUPIEC – Lan Tsai Ho
1. MAG – Demeter
2. ARCYKAPŁANKA – Izyda
3. CESARZOWA – Asztarte
4. CESARZ – Atena
5. ARCYKAPŁAN – Aditi
6. KOCHANKOWIE – Wenus
7. RYDWAN – Eos
8. SPRAWIEDLIWOŚĆ – Maat
9. PUSTELNIK – Hekate
10. KOŁO – Arianrhod
11. MOC – Isztar
12. WISIELEC – Frigg
13. ŚMIERĆ – Kali
14. UMIARKOWANIE – Anahita
15. DIABEŁ – Lilith
16. WIEŻA – Morrigan
17. GWIAZDY – Plejady
18. KSIĘŻYC – Selene
19. SŁONCE – Amaterasu
20. SĄD – Cerridwen
21. ŚWIAT – Gaja

MAŁE ARKANA

BUŁAWY

As – Bast
Dwójka – Ataentsic
Trójka – Hory
Czwórka – Wielka Biała Bawolica
Piątka – Pele
Szóstka – Andraste
Siódemka – Akycha
Ósemka – Flora
Dziewiątka – Angerona
Dziesiątka – Kajnis
Paź –  Oja/Oya
Rycerz – Iris
Królowa – Kuan Yin
Król – Brigid

PUCHARY

As –  Habondia
Dwójka – Psyche
Trójka – Gracje
Czwórka – Pandora
Piątka – Leto (Latona)
Szóstka – Hina
Siódemka – Maja
Ósemka – Kalipso
Dziewiątka – Nike
Dziesiątka – Hestia
Paź – Hebe
Rycerz – Epona
Królowa – Yemaya
Król – Saraswati

MIECZE

As –  Bellona
Dwójka – Fides
Trójka – Norny
Czwórka – Ch’ang O
Piątka – Sif
Szóstka – Nehalennia
Siódemka – Blodeuwedd
Ósemka – Persefona
Dziewiątka – Ate
Dziesiątka – Sakuntala
Paź –  Diana
Rycerz – Rhiannon
Królowa – Tara
Król – Coatlicue

MONETY

As –  Fortuna
Dwójka – Hemera i Nyx
Trójka – Hesperydy
Czwórka – Inanna
Piątka – Hel
Szóstka – Acca Larentia
Siódemka – Estsanatlehi (Zmieniająca Się Kobieta)
Ósemka – Nu Kua
Dziewiątka – Rosmerta
Dziesiątka – Ben Saiten
Paź – Fulla
Rycerz – Aine
Królowa – Junona
Król –  Lakszmi

RECENZJA: TALIA GODDESS POWER PACK CORDELII BRABBS

GODDESS POWER PACK (Pakiet Mocy Bogini)

O AUTORCE

Cordelia Brabbs, według jej własnych słów, jest kobietą interesu działającą w dziedzinie duchowości, trenerką osobowości (coachem), uzdrowicielką i osobą motywującą do zmian, które sprawiają, że życie staje się magiczne.  Notatka o niej na serwisie Amazon dodaje, że jest młodą dziennikarką i pisarką, która jako wolny strzelec udziela się w czołowych brytyjskich magazynach i gazetach w działach związanych ze stylem życia, zdrowiem i dobrym samopoczuciem. Oprócz tego, że pracuje nad pracą magisterską na temat kobiet, podróżuje po świecie, a jej hobby to jazda na snowboardzie, joga i reiki. Jest obecna na Facebooku, YouTube oraz na Twitterze.

ZALETY

Same karty są fantastyczne, kolorowe i łatwe w odbiorze. Boginie przedstawiono jako współczesne kobiety co daje bardzo ciekawy efekt, a jednocześnie zachowana jest cała symbolika, Atena (Minerwa) ma swoją sowę, Lakszmi lotos, a Lilith węża. Obawiam się, że stało się tak aby maxymalnie uprościć przekaz dywinacyjny, zgodnie z mottem tego wydania czyli Poczuj Się Boginią, co nie zmienia faktu, że są po prostu świetne i przedstawiają hipotetyczną sytuację gdyby dawne boginie przeniosły się do współczesności. Przy czym…nie ma żadnej wzmianki świadczącej o powiązaniu obrazów bezpośrednio z Cordelią Brabbs. Na końcu książki zamieszczono podziękowania i wymienieni są: Brenda Rosen jako consultant editor, Alice Bowden jako project editor, Sally Bond jako art editor, Pia Ingham dla Cobalt Id jako designer, Javier Joaquin jako illustrator i Louise Hall jako production controller. Czyli, o ile się nie mylę, gdyby stosować się do dobrych zwyczajów przy wydawaniu innych talii to ta powinna nazywać się Goddess  Power Pack autorstwa Cordelii Brabbs&Javiera Joaquina (ewentualnie Cordelii Brabbs, Pii Ingham&Javiera Joaquina, w zależności od wkładu pracy). Nie wiem czemu tak się nie stało rolleyes11.

WADY

Gdybym miała wybór to kupiłabym tylko talię, a podarowałabym sobie książeczkę do niej dołączoną, która jest pełna ezoterycznych banałów i bełkotu typu odnajdź w sobie boginię, w dodatku napisana w codziennym angielskim, który miał chyba w zamierzeniu trafiać do nastoletnich dziewcząt, ale coś mi mówi, że nawet one uznałyby ten styl za sztuczny. To że ktoś jest młody nie oznacza że można zbywać go prostymi radami na życie. Sama obwoluta daje obraz tego co będzie się działo w środku, gdy czytamy, że w środku znajdzie się 30 bogiń od niezależnej Artemidy i uwielbiającej zabawę Yemanyi aż do opiekuńczej Gai oraz sexownej Kali

Książeczka raczej odstrasza niż zachęca, a szkoda, bo sama treść wcale nie jest taka zła. Autorka wyciąga trafne przesłania z mitologii związanej z boginiami, ale co z tego skoro traktuje czytelnika jak dziecko i mówi, Masz zrobić to i to!. Z jednej strony zachęca, Nie idź w tłumie, rób to co jest zgodne z twoimi poglądami, ale z drugiej strony ma określony profil tego jakie to powinny być poglądy: pójście na manifestację antywojenną, zjedzenie jabłka zamiast czekolady, ćwiczenie jogi, zaangażowanie się w ekologię itd. Nie chcę być źle zrozumiana, to bardzo dobry styl życia i sama taki prowadzę, a jednocześnie wiem, że nie każdemu taki odpowiada i nie każdy jest gotowy aby go przyjąć. Na pewno nie pomaga w tym ton pewien wyższości, jaki stosuje autorka:  Możesz być frajerem i jeść, pić oraz nosić produkty z korporacji, jakie są ci wciskane, nawet jeżeli jedzenie jest pełne sztucznych substancji chemicznych, szminka była testowana na zwierzętach, a koszulka powstała w fabrykach, gdzie nie respektuje się praw pracowniczych. Ale możesz też dowiadywać się jakie produkty kupujesz i dokonywać etycznych wyborów, które pomogą tobie i planecie. Możesz oglądać telewizję i grać w gry na konsoli, żyjąc jak zombie naprzeciw migającego ekranu. Ale możesz też dbać o ciało, ćwiczyć je, dobrze odżywiać i spędzać czas na zewnątrz.  Tyle że każdy jest w swoim miejscu drogi życiowej i nie ma sensu go poganiać. Wyzywanie od frajerów też raczej nie pomoże przeciągnąć na ‘dobrą stronę Mocy’ wink3. Ta książka bardziej niż DO odbiorczyń mówi O autorce. Zanim zabrałabym się za pisanie książek z poradami dla innych, popracowałabym nad własnym ego, bo to ono każe nam porównywać się z innymi i przedstawiać jako tych lepszych.

Z tego narzucania co jest dobre a co nie, nic dobrego nie może wyjść. Każdy kto chociaż odrobinę interesuje się ezoteryką i kartami wie, że pokazują one jedynie sytuację i nie mogą podejmować decyzji za osobę, która je wyciąga. Dlatego karta Lilith mówiąca, Czas rzucić tego frajera (‘It’s time to ditch that loser’) to ogromne faux pas 74282! W taliach które uważam za dobre (jak omawiane już tu karty Amy Sophii Marashinsky i Hrany Janto) na podstawie warstwy mitologicznej formułuje się pytania, jakie powinien sobie zadać użytkownik, a nie zdejmuje odpowiedzialności mówiąc:  Zrób to, zrób tamto! A co jeżeli jakaś młoda dziewczyna postanowi rzucić ‘tego frajera’ tak jak radzi autorka, a jednak będzie potem z tego niezadowolona? Czy Cordelia weźmie na siebie odpowiedzialność skoro zapewniała, że to przyniesie jej takie fantastyczne życie?

Jako boginię uwzględniono Marię – za to duży minus ode mnie.

Minusem jest też koszmarne pudełko, które nasuwa pytanie, Co wydawca do cholery sobie myślał?!

Ogólnie rzecz biorąc, jeżeli zakupicie tę talię to najlepiej w ogóle podarujcie sobie korzystanie z książki i zamiast tego skoncentrujcie się na kartach. Wyciągajcie codziennie jedną, patrzcie na kolory, symbolikę, sytuacje przedstawione na obrazkach i sami szukajcie w mitologii, w ten sposób o wiele więcej się nauczycie.

WYDANIE

30 kart

anglojęzyczna książka zawierająca krótkie informacje o tym jak używać talii, kim są boginie, jak się z nimi kontaktować, czcić je i słuchać ich rad, sugestie jak zostać wyznawczynią bogini (‘g-girl’ od ‘goddess girl’), jak tworzyć ‘gangi wyznawczyń bogiń’, jakie są reguły bycia ‘g-girl’ i ‘g-girl gangs’, opisy ceremonii, kalendarz świąt, inwokacje, rytuały, afirmacje, przykładowe rozkłady, omówienie poszczególnych kart oraz index

pudełko z wkładką do przytrzymywania kart

W książce jako omówienie każdej karty ujęte są:

– imię bogini

– nazwa karty

– krótkie przedstawienie bogini

– sugestie jak dana bogini może pomóc i jej przekaz

– inwokacja do bogini

– rady co do inwokacji

– afirmacja

– jedno zdanie ogólnej rady bogini

box cordelia brabbs

Rozmiar kart to 13 x 8 cm

Koszulkę stanowi grafika w żółtym kolorze przedstawiająca oświetloną scenę.

PRZYKŁADOWE KARTY

Atena

Atena w The Goddess Power Pack Cordelii Brabbs

Brigid

Brigid w The Goddess Power Pack Cordelii Brabbs

Demeter

nie pojawia się w tej talii

Izyda

Izyda w The Goddess Power Pack Cordelii Brabbs

Lakszmi

Lakszmi w The Goddess Power Cordelii Brabbs

Koszulka

back side cordelia brabbs

Text copyright© Cordelia Brabbs 2005 

Wydawca: Godsfield Press

ISBN: 1 84181 253 6

Afrodyta
Artemis
Brigid
Cerridwen
Corn Woman (Kukurydziana Kobieta)
Durga
Eostre
Freja
Gaja
Hathor
Hekate
Izyda
Kali
Kuan Yin
Lakszmi
Lilith
Maat
Maeve
Maria
Minerwa
Oszun
Oja
Pele
Rhiannon
Sekhmet/Sechmet
Sulis
Tara
Uzume
Westa
Yemanya

RECENZJA: TALIA THE GODDESS ORACLE AMY SOPHII MARASHINSKY I HRANY JANTO

THE GODDESS ORACLE (Wyrocznia Bogini)

O AUTORKACH

AMY SOPHIA MARASHINSKY jest pisarką, reżyserką, producentką teatralną i doradcą duchowym. Mitologią oraz baśniami zainteresowała się już w wieku lat dziesięciu. Jest autorką książek oraz talii kart takich jak Mermaid Magic i Oracle of the Grail Code: Restauration of the Feminine. Pracowała w Nowym Yorku i Japonii, a obecnie zamieszkuje w Western w stanie Maryland, w Stanach Zjednoczonych.

Więcej o niej na jej stronie: http://www.amysophia.com

HRANA JANTO jest artystką zainteresowaną w szczególności motywami fantastycznymi, historycznymi i mitologicznymi. Tworzy obrazy na potrzeby telewizji, okładki książek, kalendarze bogiń, ilustracje do czasopism, a jej prace były wystawiane w całych Stanach Zjednoczonych; tworzy również portrety i przyjmuje prywatne zlecenia. Mieszka w Nowym Jorku.

Więcej o niej na jej stronie: http://www.hranajanto.com

ZALETY

Pierwszym plusem na pewno jest wybór bogiń, przedstawione są bóstwa nie tylko z Europy i Azji, ale także Afryki czy obu Ameryk, a nacisk jest rozłożony w miarę równo na wszystkie kultury i nie ma dominacji np. bogiń celtyckich. Plusem jest też włączenie bogiń, które przeciętnemu użytkownikowi mogą wydawać się “egzotyczne’, w talii zobaczycie nie tylko Izydę, Atenę, Freję czy Lakszmi, ale także Gyhldeptis, Pachamamę, Sheilę Na Gig czy Vilę. Autorki “odrobiły zadanie” ze znajomości psychologii, psychoanalizy oraz współczesnych interpretacji dawnych mitów, co widać po doborze kart takich jak np. Baba Jaga (o której moja ulubiona dr Clarissa Pinkola Estés pisze jako o Bogini Matce, która na skutek wprowadzenia wierzeń chrześcijańskich została uznana za niebezpieczną i zepchnięta do nieświadomości) czy Eurynome (de facto głównej bohaterki mitu Pelazgów o stworzeniu świata przytoczonego w Mitach Greckich Roberta Gravesa). Podoba mi się też, że w talii znajdują się WYŁĄCZNIE PRAWDZIWE boginie i autorki nie dołączyły karty np. Marii.

Drugi plus za książkę dołączoną do talii, bo naprawdę ułatwia pracę z tymi kartami. Widać to choćby po rozmiarze, jest o wiele większa niż przeciętne książeczki w innych zestawach i stanowi faktyczną zachętę do wysiłku, do zadawania sobie samej pytań. Nie jest to typowa talia ‘pocieszeniowa’ jak wiele innych kart wyroczni. Nie ze wszystkim, co  autorka pisze się zgadzam, ale dobrze, że stawia na psychologię i odnalezienie się w życiu za pomocą własnej siły. W książce oprócz opisu mitów i treści dywinacyjnych zawarte są także wiersze oraz rytuały do poszczególnych bogiń. Tym co na pewno może ułatwić pracę jest fakt, że każda karta została nazwana (np. Amaterasu – Piękno, Afrodyta – Miłość itd), co pomaga je kojarzyć i zapamiętywać.

Jeżeli chodzi o stronę graficzną to plus zgodne ze starożytnymi wyobrażeniami wizerunki i za to, że bóstwa są pokazane z charakterystycznymi dla nich zwierzętami, roślinami, przedmiotami, symbolami i motywami. Na pewno wiele osób doceni fakt, że boginie prezentowane są w sposób bardzo różnorodny w zależności od tego skąd się wywodzą i jakie cechy nadali im wyznawcy: mają różne odcienie skóry, kolory włosów, budowę ciała, wiek itd.  Autorka nie boi się przedstawiać ich nagimi, kiedy jest to zgodne z ich naturą i nie ukrywam, że dostaje za to ode mnie dużego plusa, bo widziałam już talie, gdzie nagość uporczywie się zakrywa. Może to wina czasów w jakich żyjemy, że znajdujemy się między młotem a kowadłem, z jednej strony jesteśmy wodzeni na pokuszenie wszelkimi formami pornografii, a z drugiej strony w kulturze i powszechnej mentalności nagość oraz sprawy związane z płcią funkcjonują jako tabu. Mam czasami wrażenie, że nagie ciało łatwiej było przedstawić w starożytnej Helladzie niż we współczesnej Ameryce, gdzie podnosi się od razu krzyk, gdy kobieta obnaży pierś (chociażby po to by nakarmić niemowlę) i widać to także w samo cenzurującej się sztuce. Dlatego tym większy plus dla autorek The Goddess Oracle, że nie uległy tej histerii.

WADY

Jeżeli miałabym się do czegoś przyczepić, to sądzę, że niepotrzebnie powtarzają się boginie podobne znaczeniowo jak np. Yemanya i Oszun czy Bast i Sekhmet. Jednak najbardziej przeszkadza mi to, że karty są naprawdę duże i przez to trudne do tasowania, wygodniej byłoby gdyby miały mniejszy format (albo mini wersję).

WYDANIE

52 karty

anglojęzyczna książka zawierająca informacje na temat starożytnego kultu bogiń oraz rady jak używać kart i kilka przykładowych rozkładów

pudełko

set

W książce jako omówienie każdej karty ujęte są:

– imię bogini

– nazwa karty

– wiersz opisujący boginię napisany z pierwszoosobowej perspektywy

– podłoże mitologiczne

– znaczenie dywinacyjne w dużej mierze w formie pytań do samego siebie

– sugerowany rytuał

Rozmiar kart to 9,5 x 13 cm

Koszulka ukazuje Sybillę, legendarną rzymską wieszczkę, która zaoferowała władcom swoje księgi na temat przyszłości miasta

PRZYKŁADOWE KARTY

Atena (jako Minerwa)

Atena w The Goddess Oracle Hrany Janto&Amy Sophii Marashinsky

Brigid

Brigid w The Goddess Oracle deck Hrany Janto&Amy Sophii Marashinsky

Demeter

Demeter w The Goddess Oracle Hrany Janto&Amy Sophii Marashinsky

Izyda

Izyda w The Goddess Oracle Hrany Janto&Amy Sophii Marashinsky

Lakszmi

Lakszmi w The Goddess Oracle Hrany Janto&Amy Sophii Marashinsky

Koszulka

sybil

The Goddesses Oracle Deck&Book Set© 2006 U.S. Games Systems, Inc.

Wydawca: U.S. Games Systems, Inc.

ISBN: 1 – 57281 – 546 – 9

Amaterasu
Afrodyta
Artemis
Baba Jaga
Bast
Blodeuwedd
Brigid
Cerridwen
Zmieniająca Się Kobieta
Coatlicue
Kukurydziana Kobieta
Demeter
Durga
Eostre
Erynie
Eurynome
Freja
Gyhldeptis
Hathor
Hekate
Hestia
Inanna
Izyda
Ix Chel
Kali
Kuan Yin
Pani Dzikich Zwierząt
Lakszmi
Lilith
Maat
Maeve
Maja
Minerwa
Morgana le Faye
Nu Kua
Nut
Oszun
Oja
Pachamama
Pele
Rhiannon
Sedna
Sekhmet
Śakti
Sheila Na Gig
Sofia
Sfinks
Sulis
Tara
Uzume
Vila
Yemaya

RHIANNON (RIGATONA)

RHIANNON (RIGATONA)

Celtycka bogini koni i świata podziemnego. Według walijskiego cyklu Mabinogion matka Pryderiego i żona najpierw Pwylla, a potem Manawyddana. Jej imię Rhi Annon (Ri Ana) oznacza Wielka Królowa.

O BOGINI

Rhiannon była celtycką boginią koni znaną także pod imieniem Rigatony i utożsamianą z jej kontynentalną odpowiedniczką Eponą (jedyną celtycką boginią jaką czcili Rzymianie), jednak w świadomości Walijczyków przetrwała jako bohaterka Pierwszej i Trzeciej Gałęzi sagi Mabinogion.

Niewiele wiadomo na temat tego jak wyglądał jej kult, ponieważ nie zachowały się żadne przekazy pisemne, a jedynie figurki i płaskorzeźby kobiety na koniu (Celtowie nie zapisywali swojej historii i mitów, krążyły jedynie w wersji ustnej). Mabinogion jest cyklem legend walijskich, które jednak były spisywane już w czasach chrześcijańskich przez skrybów w klasztorach, elementy uznawane za niezgodne z obowiązującą religią były usuwane stąd nie ma wzmianki o Rhiannon jako o bogini*. Z kolei pierwsze tłumaczenie z walijskiego na angielski powstało dopiero w połowie XIX wieku dzięki Lady Charlotte Guest, niezwykłej osobowości i popularyzatorce kultury oraz literatury walijskiej.

Rhiannon pojawia się w Pierwszej Gałęzi/Odnodze, kiedy dostrzega ją Pwyll, książę Dyfed. Siedzi na ogromnym śnieżnobiałym koniu ubrana w złotogłów, a kiedy książę pyta towarzyszy czy ją znają, ci odpowiadają przecząco. Pwyll nakazuje zapytać ją kim jest, ale ta umyka na koniu tak szybko, że jego słudzy nie mogą jej dogonić. Ta sytuacja powtarza się kilka razy aż w końcu zaintrygowany Pwyll sam wsiada na konia i usiłuje dogonić tajemniczą dziewczynę, ale mimo tego, iż pędzi na najszybszym rumaku w królestwie nie może jej dogonić. Wreszcie zmęczony pościgiem woła: Pani, zatrzymaj się proszę!, na co ona przystając odpowiada: Zatrzymam się chętnie, a dla twojego konia byłoby lepiej, gdybyś mnie o to poprosił o wiele wcześniej. Zdejmuje z twarzy woal, Pwyll widząc jej twarz uznaje, że jest najpiękniejszą kobietą jaką kiedykolwiek spotkał. Dziewczyna przedstawia się jako Rhiannon, córka Heveydda Hêna, który chce wbrew jej woli wydać ją za mąż, dodając: ale nie będę miała męża ze względu na miłość jaką żywię do ciebie, chyba że mnie odrzucisz. Czego Pwyll oczywiście nie robi, co więcej dodaje, że gdyby mógł wybierać z wszystkich kobiet na świecie, wybrałby właśnie ją. Umawiają się, że Pwyll przyjdzie do zamku jej ojca dokładnie za rok i rozchodzą zaraz potem.

Książę pytany na temat tajemniczej nieznajomej, zmienia temat, zaś o oznaczonym czasie zbiera stu jeźdźców i udaje się do pałacu Heveydda Hêna, gdzie witany jest z wielką radością, a na jego cześć urządzana jest uczta. Pwyll siedzi między Heveyddem Hênem a Rhiannon, pod koniec uczty do Sali wchodzi bogato odziany młodzieniec, który okazuje się być Gwawlem synem Cluda i konkurentem Rhiannon, posiadającym wiele ziemi oraz bogactw. Dochodzi do spięcia między nim a Pwyllem i książę Dyfed nieświadomie zgadza się oddać mu za żonę kobietę, którą darzy uczuciem. Aby temu zaradzić Rhiannon daje ukochanemu torebkę i przykazuje wrócić za rok wraz z rycerzami podczas jej uczty weselnej. Ma być ubrany w łachmany i poprosić o tyle do jedzenia ile zmieści się w tej torebce, a ona swoją mocą sprawi, by torebki nie dało się napełnić. Jeżeli zapytają cię co zrobić aby napełnić ją do końca odpowiedz, że mężczyzna szlachetnego rodu musi na nią nadepnąć mówiąc: „Już wystarczająco jest napełniona” – rzecze Rhiannon. – Sprawię, że tym mężczyzną będzie Gwawl, a kiedy tego dokona, wywróć torebkę tak by cały znalazł się wewnątrz i zawiąż na supeł otwór. Potem zatrąb w róg i przywołaj swych rycerzy.

Tak też się stało, wezwani wojownicy obezwładnili towarzyszy Gwawla i wtrącili ich do lochów. Sam Gwawl tkwił nadal unieruchomiony w torbie dopóki Pwyll za radą Rhiannon nie wymógł na nim złożenia przysięgi, że nie będzie się mścił i uszanuje jego związek z córką Heveydda Hêna, dopiero wtedy został wypuszczony on i jego ludzie, po czym natychmiast odjechali. Zakochani mogli się już bez problemu pobrać, z tej okazji Pwyll rozdał hojną ręką prezenty zgromadzonym, a następnie zabrał Rhiannon do swego zamku w Dyfed, gdzie z kolei Rhiannon odwdzięczała się darami poddanym męża.

Małżeństwo układało się dobrze, ale po dwóch latach nadal było bezdzietne. W trzecim roku do Pwylla przyszli możni aby wyrazić żal, że nie doczekał się dziedzica i zasugerować by rozstał się z Rhiannon i poślubił inną kobietę, która dałaby mu syna. Pwyll odparł, że przecież jest z żoną od niedługiego czasu i wszystko się jeszcze może wydarzyć, a potem poradził by przyszli za rok i jeżeli do tego czasu nic się nie wydarzy, zrobi tak jak chcą. Rok później Rhiannon szczęśliwie powiła zdrowego syna. Nocą miało pilnować go sześć służących, jednak zasnęły, a kiedy się obudziły, dziecko zniknęło. W popłochu, przerażone że odpowiedzą za to głową, uradziły iż zabiją młode łani, które właśnie się urodziły i natrą ich krwią twarz oraz ręce Rhiannon, a kości zostawią przed jej łóżkiem kierując podejrzenie na to, że zjadła własne dziecko.

Kiedy księżna się obudziła i zapytała o syna, przebiegłe służące zaczęły wmawiać jej, że chociaż broniły go przed nią, to pożarła syna i że nigdy nie widziały kobiety bardziej gwałtownej niż ona. Rhiannon nie dała się nabrać na ze oskarżenia i zapewniła, że jeżeli mówią jej to wszystko jedynie ze strachu, to będzie ich bronić, ale one trwały w kłamstwie. Wkrótce wieść rozniosła się po całym kraju i rozległy się żądania, by ukarać Rhiannon śmiercią za tę zbrodnię. Pwyll nie zgodził się na to, ale czuł się w obowiązku jako władca wyciągnąć konsekwencje wobec żony. Aby odpokutować za swój czyn, księżna miała przez siedem lat siedzieć przy bramie do zamku, opowiadać każdemu, kto jeszcze nie znał tej historii, o tym co się wydarzyło i oferować, że przewiezie go na grzbiecie do pałacu. Na szczęście niewielu się na to zgadzało. Rhiannon mimo iż była niewinna znosiła to z pokorą i determinacją.

Tymczasem w noc, kiedy urodził się królewski syn miały też miejsce inne wypadki. Teirnyon Twryv Vliant, pan Gwent Is Coed miał przepiękną klacz, która zawsze źrebiła się pierwszego dnia maja i źrebię zawsze w tajemniczy sposób znikało. W końcu rozzłoszczony postanowił wprowadzić klacz do domu na czas porodu, uzbroić się i czuwać. Klacz rzeczywiście urodziła duże, piękne źrebię, ale zaraz potem na zewnątrz rozległ się jakiś tumult, a Teirnyon zobaczył ogromną dłoń sięgającą przez okno i zabierającą młode. Rycerz rzucił się na nią i odrąbał w nadgarstku tak że pozostała wewnątrz razem ze źrebięciem podczas gdy ramię wysunęło się z powrotem. Tumult na zewnątrz nasilił więc Teirnyon wybiegł sprawdzić co się stało, ale było tak ciemno, że niczego nie udało mu się dostrzec. Kiedy wrócił, na progu leżało niemowlę owinięte w satynowe prześcieradło. Zaniósł chłopca swojej żonie, wspólnie postanowili, że przedstawią go jako swoje własne dziecko i nadali mu imię Gwri Wallt Euryn ze względu na blond włosy. Chłopak rósł znacznie szybciej niż inne dzieci, mając rok był już większy od trzylatka, dwa lata – od sześciolatka, a jako czterolatek przekupywał stajennych, aby pozwolili mu zabrać konie do wodopoju. Widząc jego rozwój, żona Teirnyona namówiła go, aby podarować dziecku owo źrebię, które przyszło na świat wraz z nim.

Tymczasem na zamek dotarły wieści o tym co stało się z Rhiannon. Teirnyonowi było żal księżnej, zaczął więc dopytywać się co dokładnie się wydarzyło i przypatrywać chłopcu, którego przygarnął. Dostrzegł zdumiewające podobieństwo do Pwylla i zrozumiał, że musi zwrócić chłopca jego prawdziwym rodzicom. Jego żona zgodziła się z nim i jeszcze tego samego dnia Teirnyon wyruszył do Dyfed wraz z chłopcem. W bramie spotkali Rhiannon, która zaproponowała im, że zawiezie ich na własnym grzbiecie do pałacu, ponieważ taką odbywa karę za zjedzenie własnego dziecka, jednak odmówili i udali się do pałacu, gdzie władca powitał ich z radością. Pwyll zaprosił ich do stołu, a podczas posiłku Teirnyon opowiadał, co się wydarzyło w noc, gdy przyszło na świat źrebię oraz chłopiec. Oto twój syn, Pani – zwrócił się do Rhiannon. – A ktokolwiek naopowiadał ci kłamstw, że go zabiłaś, postąpił niegodziwie. Wszyscy potwierdzili, że chłopiec przypomina ojca jak dwie krople wody i cierpieniom księżnej przyszedł kres. Rhiannon nazwała chłopca Pryderi co oznacza Strata, a Teirnyonowi zaoferowano wielkie dobra i kosztowności, będąc skromnym człowiekiem nie przyjął ich, jednak do końca życia cieszył się wielkimi względami księcia i księżnej. Pryderi wyrósł na zdolnego i mądrego młodzieńca, a po śmierci ojca odziedziczył tron i stał się władcą ukochanym przez swoich poddanych. I tak kończy się ta część Mabinogion.

Po śmierci Pwylla, Pryderi ożenił się i sprawował władzę, powiększając swoje królestwo. Wyruszył także na wyprawę z Bendigeidfranem (Branem) synem króla Llyra** przeciw jego szwagrowi, władcy Irlandii, który źle traktował swoją żonę Branwen i był jednym z siedmiu, który przeżył krwawą bitwę między Walijczykami a Irlandczykami. Powrócił stamtąd do swojego królestwa wraz z innym synem Llyra Manawyddanem, z którym zaprzyjaźnił się na tyle, że postanowił wyswatać z nim owdowiałą Rhiannon. Urządził więc ucztę powitalną na cześć gościa i posadził towarzysza tuż obok matki; jego zamiar powiódł się, Manawyddan i Rhiannon zdecydowanie przypadli sobie do gustu i wkrótce pobrali się. Przez jakiś czas życie całej czwórki: Pryderiego, jego żony, matki i ojczyma, układało się spokojnie, ale pewnego dnia podczas przejażdżki po kraju nastała burza i tajemnicza mgła, a kiedy z niej wyszli okazało się, że nie znaleźli ani budynków, ani ludzi, ani stad, wydawało się, że w całym Dyfed nie ma żywej duszy. Przez dwa lata żyli więc sami w królestwie, ale w końcu im się znudził ten brak towarzystwa.

Wyruszyli więc do Anglii, gdzie Manawyddan i Pryderi trudnili się rzemiosłem, a szło im tak dobrze, że lokalne cechy zwróciły się przeciw nim, bo produkty Walijczyków były znacznie chętniej kupowane. Zdecydowali się więc opuścić miasto i udać do następnego, ale również tam powtórzyła się ta sama historia, podobnie i w kolejnym, czegokolwiek by nie wytwarzali, czy siodła, czy tarcze, czy buty, zawsze wzbudzali zachwyt nabywców, ale i gniew tamtejszych sprzedawców. Doszli zatem do wniosku, że nie ma sensu dłużej tam przebywać i trzeba wracać do Dyfed. Tak też zrobili i spędzili w rodzinnym miejscu kolejny rok. Pewnego dnia Manawyddan i Pryderi udali się na polowanie, gdzie natrafili na śnieżnobiałego dzika, który poprowadził ich do wielkiego, nowo wybudowanego zamku, którego jeszcze dotąd nie widzieli. Dzik wpadł do środka, a psy za nim, kiedy długo nie wracały Pryderi postanowił pójść po nie, mimo że Manawyddan odradzał mu ten krok.

W środku nie było widać ani dzika, ani psów gończych, ani żadnych śladów zamieszkania, za to w centrum znajdowała się marmurowa fontanna, nad którą wisiała złota misa. Pryderi był tak zachwycony jakością wykonania, że podszedł do misy i położył na niej dłonie. Nie wiedział jednak, że jest zaczarowana i kiedy chciał zabrać dłonie, okazało się, że jest to niemożliwe, a z gardła nie mógł wydobyć się żaden dźwięk. Manawyddan czekał na niego aż do wieczoru, jednak kiedy nie wracał, powrócił do zamku i powiedział Rhiannon o tym, co się stało. Żona zganiła go, że nie towarzyszył Pryderiemu i sama udała się na poszukiwania. Kiedy weszła do zamku i zobaczyła syna, również dotknęła misy i ona także uległa czarowi. Zamek spowiła mgła i zniknął z oczu ludzkich.

Kicva, żona Pryderiego, wpadła w rozpacz na myśl o jego stracie, jednak Manawyddan przyrzekł jej, że na pewno jeszcze go zobaczy. Ponieważ nie mieli psów ani jedzenia, musieli udać się ponownie na emigrację, gdzie Manawyddan znowu spróbował szczęścia w zawodzie szewca i po raz kolejny pobił jakością oraz kunsztem wykonania lokalnych rzemieślników, nic więc dziwnego, że po roku jeszcze raz musieli salwować się ucieczką. Zabrali jednak ze sobą do Dyfed snopek zboża, którego nasiona posiali i które pięknie obrodziły, dodatkowo Manawyddan łowił ryby i polował na jelenie, więc nie groził im głód. Gdy jednak nadszedł czas żniw, okazało się, że jakaś tajemnicza siła w nocy ucinała kłosy zostawiając same łodygi. Postanowił więc czuwać, aby ocalić to co pozostało, około północy nad pole nadciągnęło wielkie stado myszy, które ogołociło je z kłosów, Manawyddan zdołał złapać jedną z nich do rękawicy.

Miał zamiar ją zabić, kiedy jednak zamierzał to zrobić, w zasięgu jego wzroku pojawił się człowiek wyglądający na nauczyciela, co niezwykle go zaskoczyło jako, że od siedmiu lat na tej ziemi nie widział nikogo obcego. Kiedy podszedł bliżej i nawiązała się rozmowa, nauczyciel dowiedziawszy się co zamierza zrobić Manawyddan, zaczął namawiać go aby sprzedał mu mysz. Rycerz nie chciał się na to zgodzić, więc odszedł, a tymczasem w pobliżu pojawił się ksiądz na koniu i sytuacja się powtórzyła, na dodatek oferował wyższą cenę. I tym razem Manawyddan nie chciał się zgodzić na sprzedaż, więc ksiądz się oddalił, ale ku niemu nadjeżdżał już biskup ze świtą. Miał tę samą propozycję, ale i tym razem mąż Rhiannon nie przystał na transakcję. Biskup bezskutecznie podnosił cenę, aż w końcu zaoferował uwolnienie Pryderiego i jego matki. Manawyddan zrozumiał, że mysz jest cenniejsza niż mogłoby się wydawać, więc zażądał dodatkowo, aby z Dyfed został zdjęty czar.

Biskup zgodził się i przyznał, że naprawdę jest czarodziejem Llwydem synem Kilcoeda, a w mysz jest zaklęta jego ciężarna żona. Dodał też, że rzucił czar na kraj w zemście za zniewagę jaką Rhiannon i Pwyll wyrządzili jego przyjacielowi Gwawlowi Synowi Cluda. Wraz z domownikami przekształcił się w myszy i ruszył na pole Manawyddana, jednak ze względu na swój stan jego żona nie mogła uciekać tak szybko jak inne i została złapana. Teraz prosi o jej uwolnienie. Rycerz wymógł na nim jeszcze aby nigdy więcej nie rzucał czaru na Dyfed i aby zaprzestał zemsty na nim, Rhiannon i Pryderim, a gdy czarodziej sprowadził ich z powrotem, oddał mu żonę. Do Dyfed wróciło życie, znowu można było widzieć ludzi, osady i stada. I tak kończy się ta część Mabinogion.

WIZERUNKI, SYMBOLE I ZWIERZĘTA

Zwierzęciem najbardziej z Rhiannon/Rigatoną kojarzonym jest przede wszystkim koń. Zachowały się wizerunki kobiety jadącej na koniu z czasów rzymskich przedstawiające ją lub Eponę.

Zwierzętami Rhiannon, łączącymi ją ze światem Podziemia, są również ptaki, w notach do Mabinogion jest informacja o jej cudownych ptakach, których śpiew był tak słodki, że wojownicy słuchając ich pozostawali pod jego czarem przez osiemdziesiąt lat. Trzy ptaki mają magiczne zdolności, mogą budzić zmarłych i usypiać żyjących. W starej opowieści walijskiej Culhwch i Olwen jednym z zadań bohatera Culhwcha starającego się o rękę Olwen jest zdobycie Adar Rhiannon – Ptaków Rhiannon (jej ojciec nie chce się zgodzić na ślub i stawia kandydatom niemożliwe do wypełnienia zadania), są również wspomniane w trakcie uczty pod koniec Drugiej Gałęzi Mabinogion (Trzy ptaki nadleciały by śpiewać im pieśń, a wszystkie inne pieśni jakie dotychczas słyszeli wydawały się zwyczajne w porównaniu z tą. Szukali wzrokiem ptaków nad taflą morza, one same były daleko, lecz ich głosy rozbrzmiewały tak wyraźnie jak gdyby znajdowały tuż obok nich***).

Innymi zwierzętami wiązanymi z Rhiannon są dzik, psy oraz borsuk (walijska ‘gra w borsuka’ zgodnie z legendą ma początek w chwili, kiedy Gwawla, konkurenta Rhiannon, zamknięto w torbie i drażniono).

Rhiannon jest także kojarzona z symbolem kotła (magiczna misa w zamku), z którym są związane również inne celtyckie boginie (walijska Cerridwen, irlandzkie Brigid czy trójca Morrigan) co czyni ją boginią magii. Niektórzy badacze twierdzą, że podobnie jak irlandzka Medb (Maeve) czy walijska Gwenhwyfer (Ginewra) jest boginią suwerenności, która gwarantuje tron mężczyźnie, który ją poślubi. Podobnie jak helleńska Demeter, również kojarzona z końmi, jest też postrzegana jako bogini obfitości i żyzności.

ZNACZENIE DYWINACYJNE

OSOBA

 Ktoś mający silną potrzebę przemieszczania się lub osoba o bystrym umyśle. Osoba doświadczona życiowo, mądra, bystra i pomysłowa. Ktoś ogromnie cierpliwy i o poczuciu godności.

 RADA

W tej sytuacji to ty masz rację, nie pozwól otoczeniu by wmówiło ci, że jest inaczej. Nie miej wątpliwości co do tego, kim jesteś, co robisz i gdzie zmierzasz. Jesteś wystarczająco dobra cokolwiek planujesz, nie pozwól aby lęki zniszczyły twój potencjał i zajęły w twoim umyśle miejsce pozytywów.

Być może ktoś wmawia ci coś co nie ma miejsca i stosuje technikę manipulacji nazywaną gasnącym płomieniem (ang. gaslighting), która podkopuje twoje poczucie własnej wartości i wiarę we własne odczucia oraz intuicję. Więcej na ten temat tutaj.

 Czas na zmiany i ruszenie z miejsca. Wyjazd dobrze ci zrobi.

 Zastanów się dobrze nad tym co chcesz zrobić, bo czasu nie będzie się dało cofnąć.

Ruch. Szybkość. Zmiana. Siła. Godność. Przemieszczanie się, Internet. Szczęśliwe zakończenie trudnej sytuacji.

W MIŁOŚCI

 Jeżeli jesteś w związku: czas podchodów lub próby. Mów wprost o tym, czego chcesz, czasem wystarczy o coś po prostu poprosić. Niesłuszne oskarżenia. Ponowne małżeństwo. Odebranie lub przyznanie opieki nad dzieckiem.

Jeżeli jesteś samotny/-a: ta karta oznacza, że istnieje duża szansa na spotkanie kogoś w podróży.

 W FINANSACH

 Strata, zazwyczaj niezawiniona, spowodowana decyzją urzędu czy banku. Możliwe jest kombinowanie i naginanie przepisów w celu zmienienia tej sytuacji. Wyjazd, najprawdopodobniej za granicę.

 W ZDROWIU

Uwaga na upadki i kontuzje. Szczególnie narażone części ciała: narządy ruchu (kości, mięśnie, ścięgna, więzadła).

KARTY

Pędząca z końmi i ptakami Rhiannon w The Goddess Oracle Hrany Janto&Amy Sophii Marashinsky

Rhiannon w The Oracle of the Goddess Gayan Sylvie Winter&Jo Dosé

Rhiannon w Goddess Inspiration Oracle Kris Waldherr

Rhiannon jako Rydwan w The Goddess Tarot Kris Waldherr

Rhiannon w The Goddess Oracle Deck Thalii Took

Rhiannon w Goddesses Knowledge Cards Susan Seddon Boulet&Michaela Babcocka

Rhiannon w Goddess: A New Guide to Feminine Wisdom Rivera Hustona&Patricii Languedoc

Rhiannon w Goddess: A New Guide to Feminine Wisdom Rivera Hustona&Patricii Languedoc

Ciekaw przedstawienie Rhiannon w The Goddess PowerPack Cordelii Brabbs

Rhiannon w Goddesses Guidance Oracle Cards Doreen Virtue (chyba już wystarczająco dobitnie się wypowiedziałam na temat tego “dzieła” w recenzji talii Doreen Virtue dlatego nic więcej nie powiem)

 

Rhiannon jako Rycerz Mieczy w Universal Goddess Tarot Marii Caratti&Antonelli Platano

* Dotknęło to także innych wywodzących się z Walii legend na temat Króla Artura, najprawdopodobniej również Morgaine – Morgana Le Fey oraz Gwenhwyfer – Ginewra były oryginalnie boginiami, legendy o Królu Arturze w postaci jakiej znamy obecnie ukształtowały się ostatecznie pod wpływami francuskimi około XV wieku podczas gdy oryginalne walijskie opowieści pochodzą co najmniej z VI wieku. Szczerze powiedziawszy często różnią się od siebie jak ogień i woda. Również obydwaj mężowie Rhiannon są uważani za bóstwa: Pwyll jest władcą podziemia, a Manawyddan walijskim odpowiednikiem irlandzkiego boga morza Manannána.

** Pierwowzór szekspirowskiego Króla Lira.

*** Moje tłumaczenie textu Branwen ferch Llyr zawartego tutaj: http://www.sacred-texts.com/neu/celt/mab/mab22.htm .

W oparciu o oryginalne wydanie Mabinogion ku mojej ogromnej radości dostępne online http://www.sacred-texts.com/neu/celt/mab/mab20.htm i http://www.sacred-texts.com/neu/celt/mab/mab24.htm oraz anglojęzyczną Wikipedię, http://wintergrovecoven.tripod.com/deities.html , http://www.thaliatook.com/AMGG/rhiannon.html , http://www.joellessacredgrove.com/Celtic/deitiesr-s.html, http://www.joellessacredgrove.com/Celtic/deitiesn-o-p.html .