Category Archives: Impresje Anny

O moich wrażeniach związanych z duchowością, religijnością, starożytnym i współczesnym kultem bogiń oraz taliami kart.

Maria, Córka Izydy – Czyli Odpowiedź Gnostyka (repost)

Ostatnio natknęłam się na ciekawy artykuł Michała Monikowskiego traktujący o tym samym temacie, o którym pisałam już jakiś czas temu. Jest długi i wymaga koncentracji, ale pozwolę sobie przedstawić go w całości na swoim blogu, bo mam wrażenie, że nadal brakuje w tej kwestii wiedzy historycznej i głębszej refleksji. 

Anna ‘Lawenda’ Solun

————————-

Zostałem zaproszony przez red. Tomasza Terlikowskiego na wycieczkę po kulcie maryjnym. Zaproszenie z radością przyjąłem. Przyjąłem je dlatego, że było ono odpowiedzią na moje “dwa nagie miecze”, ale i dlatego, że tajemnic jest tu więcej niż w różańcu. Autor zaprosił mnie na wycieczkę jedynie do jednej komnaty. Teraz więc ja zapraszam Jego do obejrzenia paru innych komnat tej budowli, która większa jest niż całe chrześcijaństwo i znacznie od niego starsza.

Dziedzictwo naszych przodków

Przede wszystkim pragnę zacząć od wyjaśnienia pewnego nieporozumienia, jeśli chodzi o gnostycyzm. Nie biorę go Autorowi za złe, jako, że zdarza się ono bardzo często. Chodzi mianowicie o założenie, że dla gnostyków Bóg jest kimś “nieobecnym” oraz że jest on jedynie Bogiem Ducha, a nie materii. Faktem jest, że istnieją zachowane informacje o bardzo szczątkowym charakterze, pochodzące zarówno z czasow antycznych, jak i późnego średniowiecza, sugerujące takie nastawienie samych gnostyków. Mało jednak wiemy o rozmaitych odmianach gnostycyzmu i jego poglądów na ten temat. Mimo tego faktem jest – i to nawet bardziej decydującym – że gnostycyzm zmieniał swój charakter wraz z upływem czasu szybciej niż oficjalna kościelna ortodoksja. Stąd też np. rzymski katolicyzm, pomimo niewątpliwych zmian jest wciąż bardziej podobny do katolicyzmu XIII-wiecznego niż dzisiejszy gnostycyzm do katarskiego (semi-) gnostycyzmu.

Dzieje się tak dlatego, że o ile ortodoksyjne chrześcijaństwo zaliczane jest do tzw. religii objawionych, tj. religii, bazujących na przekonaniu, że Bóg objawił pewne niezmienne fakty na swój temat (np. w Biblii), to chrześcijaństwo gnostyckie bazuje na założeniu, że poprzez stopniowe poznawanie siebie oraz otaczającej rzeczywistości jesteśmy w stanie zbliżać się stopniowo do Boga. Bóg gnostyków doby dzisiejszej to Bóg, którego obecność odkryć można wszędzie. Bóg gnostyków zatem to nie tyle Bog “nieobecny”, lecz raczej “nieznany”, którego w związku z tym trzeba stopniowo poznawać. To Bóg, który nazywany jest często “ineffable” (dosł. “niewysłowiony”), ale nie dlatego, że się on nie “wysławia”, lecz dlatego, że trudno go scharakteryzować na podstawie takich czy innych przekazów, włączając “kanoniczne”.

Ten wstęp niechaj stanie się swego rodzaju wprowadzeniem w podstawowe różnice zachodzące w odbiorze problematyki religijnej przez obie strony: prawowierną i gnostycką.  Niejednokrotnie tak się bowiem składa (a miałem okazję również na tym portalu się z tym zetknąć), że polemiści niejako “przywołują” kogoś do porządku niejako z góry zakładając, że któreś z antycznych alegorii powinny charakteryzować poglądy gnostyków, stwierdzając np. “przecież ty, jako gnostyk…” (i tu następuje odwołanie sie do jakichś archaicznych wierzeń i alegorii sprzed co najmniej półtora tysiąca lat). Alegoria to jedynie sposób wyrażenia pewnej myśli, tak jak Jezusowe przypowieści to też nie “true stories”, tylko wytwór ludzkiej wyobraźni. Inaczej skończylibyśmy na rozumieniu Królestwa Niebieskiego np. jako garści nasion.

Nie staram sie występować tutaj jako reprezentant gnostycyzmu, lecz osoba prezentująca prywatne poglady, a przyznająca się do gnostyckiego rozumienia religii i będąca jednocześnie członkiem Kościoła Katolickiego – i to bez przerwy, od dzieciństwa. Nigdy bowiem nie byłem członkiem jakiejkolwiek innej wspólnoty kościelnej, choć tu w Australii często (a nawet częściej) bywam w innych Kościołach niż katolicki.

Nie jest prawdą Twoje założenie, Tomaszu, że neguję uzasadnienie wiary chrześcijan odnośnie Marii na przestrzeni dziejów. Założenie to jest też wynikiem pewnego nieporozumienia. Bo ja neguję mariologię dzisiaj, a nie 15 wieków temu. Wierzenia odnoszące się do NMP były bowiem wynikiem okoliczności i miejsca. Wielu było bogów w starożytności, którzy rodzili się, potem umierali (najczęściej zabijani przez siepaczy złych mocy), a następnie powstawali z martwych – czy to już nastepnego dnia, czy też po trzech dniach. Tacy bogowie musieli mieć zatem swoje “matki boskie”, niektóre z nich będące szanowanymi kobietami, inne zaś boginiami. Chrystus żył w czasach, gdy wierzenia takie istniały już od setek lat np. w przypadku perskiego Mitrasa i jego “Matki Boskiej” znanej pod imieniem Anahita (“Anahita, Niepokalana Dziewica, Matka Mitrasa Pana”), Cybele, matka boga Attisa z Azji Mniejszej, która znana była jako “Mater Deum” (dosłownie: “Matka Boska”) lub nawet tysięcy lat (egipski Horus i jego matka Izyda). Kimkolwiek jednak taka matka nie była, zawsze musiała czymś pozytywnym wyróżniać się na tle innych matek. Nie brakowało więc dziewiczych porodów (np. w przypadku Ozyrysa-Dionizosa czy – w innej wersji tego samego mitu – Orfeusza-Bachusa). Doktryny wczesnego chrześcijaństwa dotyczące Marii, nawet jeśli nie były stuprocentowymi kopiami innych wierzeń, kształtowały się jednak w pewnej atmosferze intelektualnej, na którą owe religie wycisnęły swoje ewidentne piętno.

Nie neguję zatem owego uzasadnienia wiary, rozumianego jako tło historyczne. To bowiem właśnie owo tło jest samo w sobie uzasadnieniem kultów maryjnych (bo było ich sporo, choć najstarsze ślady tych kultów – powtarzam: kultów, a nie fascynacji – pochodzą z okresu nie wcześniejszego niż IV wiek n.e.). Nie podzielam natomiast zupełnie poglądu, że owo niegdysiejsze tło (juz nieistniejące) musi w dalszym ciągu (na zasadzie chyba jakiejś “martwej ręki”) ciążyć na obecnych ocenach i wierzeniach. Chciałbym jednak być dobrze zrozumiany: zajmując takie stanowisko nie próbuję nikomu “wybić z głowy” jego ewentualnych wierzeń czy poglądów. Błędne wrażenie w tym zakresie może wynikać z faktu, że często prezentuję swe poglądy “bez owijania w bawełnę”: raz np. powstrzymać się musiałem przed włożeniem do komentarza słów o tym, że moim zdaniem Maria tak sie ma w porównaniu do Joanny d’Arc, że mogłaby jej “pucować zbroję oraz miecz”, przez co nie miałbym zamiaru nikogo urażać, a jedynie podkreślić, że Joanna – jako osoba historyczna (a nie “teologiczna”) była w stanie kształtować historię w nieporównanie większym stopniu, niżby się to kiedykolwiek dało powiedzieć o Marii. Ostatecznie jednak nie użyłem wówczas tego określenia.

“Niepokalana jest Pani nasza, Izyda”

Nie inaczej ma sie rzecz z tymi naszymi dogmatami czy to o dziewictwie, niepokalanym poczęciu czy o wniebowzięciu: Semele, matka boga Dionizosa, również została wniebowzięta (samo święto Wzniebowzięcia, obchodzone przez chrześcijan w sierpniu, zastąpiło inne święto pogańskie, a mianowicie święto bogini Diany). Podobienstwa wizerunków Marii oraz rozmaitych “pogańskich” matek boskich były do tego stopnia uderzające, że niejednego wprawiały, a i dziś jeszcze też wprawiają, w osłupienie. Np. jak notują historycy, niektóre wizerunki NMP we Francji okazały się, po bliższym zbadaniu, wizerunkami egipskiej bogini Izydy (albo pokrewnych bogiń) lub też na niej były modelowane (nie mówiąc już o tym, że szereg kościołów poświęconych Marii stoi w miejscach kultu Izydy lub innych jej pogańskich odpowiedników). Na jednym z takich wizerunków znaleziono nawet inskrypcje: “Niepokalana jest Pani nasza, Izyda”.

Gnostykom chrześcijańskim też nie brakowało żeńskiego bóstwa zwanego Sophia, czyli Mądrość (a święto jej Wniebowziecia obchodzone jest w tym samym dniu, co Wniebowzięcie NMP), ale przecież dziś ze świecą trzebaby szukać (i to bez powodzenia!) jakiegokolwiek gnostyka wierzącego w literalne istnienie takiego bóstwa.

Krzywdę wyrządza się również tym niezliczonym chrześcijanom (głównie rzymskim katolikom), którzy przecież kiedyś i tak dojdą do tego, że “król jest nagi”, jeśli się tylko nad tym zastanowią; że te “szaty cesarza”, które na Marię włożyła dogmatyka, tak naprawdę nie istnieją. Będzie to tym boleśniejsze, że cała ta historia wpychana jest im do głów jako historyczna prawda, a nie nawet jako “mit będący nośnikiem prawdy”.

Tak, domyślam się pewnej możliwej kontry wobec moich wywodów, a mianowicie, że zastanawiać one muszą akurat, gdy ich autor mieni się gnostykiem, a wiadomo, że gnostycy wręcz od czasów ‘niepamiętnych’ prześcigali się w tworzeniu mitów, że pisali  dziesiątki ewangelii, w których “działy się” rzeczy pod mitologicznym względem usuwające w cien nawet te masy trupów z ewangelii Mateusza, co to w momencie śmierci Pomazańca wstały z grobów, przeczekały dwa następne dni gdzieś w ukryciu chyba, a gdy Pomazaniec zmartwychwstał, to one stadnie niczym tłum Frankensteinów przeparadowały przez Jerozolime, by się żywym pokazać. Tak, to prawda, gnostycy wymyślali ile wlazło, ale oni ze swych opowieści nie robili dogmatów “dawanych do wierzenia” (ale terminologia, co?).

Przyjrzyjmy się osobie

Jesli uważam, że o Marii niczego tak naprawdę nie wiemy, to oczywiście pogląd taki wyrażam po zapoznaniu się m.in. z tzw. ewidencją biblijna. Prawda, że są tam kwieciste zwroty, lecz wyjątkowo mało kryje się za nimi treści o tym kim była (poza tym, oczywiście, że była matką Jozuego). Ale nawet tu popełniano błędy przy formułowaniu doktryn maryjnych. Miała być “dziewicą” i fakt ten miał być “przepowiedziany” w Starym Testamencie, jednak hebrajskie “almah” nie oznacza tego, co zastosowane poźniej przy tłumaczeniu na grecki słowo “parthenos”. Almah to nie dziewica, a jedynie młoda kobieta. Bóg żydowski nie był narodzony (ani żaden żydowski bohater) z dziewicy. Z dziewic rodzili się natomiast bogowie pogańscy, stąd też fama o Jezusie narodzonym z Dziewicy to po prostu pogański mit zaadoptowany dla celów “teologicznych” chrześcijaństwa ortodoksyjnego.

Również doktryna o bezgrzeszności Marii bierze się z niedokładnego tłumaczenia – tym razem tekstu greckiego na łaciński. Skoro Maria była “łaski pełna” (“gratia plena”), to owa pełnia łaski miała oznaczać, według mitotwórców, że była ona bezgrzeszna. Jednak oryginalne greckie “kecharitomene” to przecież nie to, co “gratia plena”, gdyż to po grecku byłoby “pleris charitas”. Kecharitomene, to po prostu tyle, co “obdarzona łaską”. I absolutnie nic więcej.

Można jednak zrozumieć kolejne pokolenia mitotwórców kościelnych: najpierw zmagali się oni z podobnymi wierzeniami pogańskimi i pragnęli “wykazać”, że Chrystus jest jednak większym i znaczniejszym bogiem niz inni. Potem znów starali się sformułowane przez siebie doktryny “zabezpieczać” przed debatami poprzez dokooptowywanie nowych. Z czasem wytworzył się więc cały łańcuch coraz to dziwniejszych teorii, a wszystkie one bazowane na założeniach swoich poprzedniczek, jednak nie na jakimkolwiek materiale faktograficznym. Zazwyczaj jest tak, że gdy się kogoś chce sławić, to wyolbrzymia się jego dokonania. Nawet do tego stopnia, by je mitologizować, czy wręcz do ciągu prawdziwych dokonań kandydata dopisywać czyny, których nigdy nie dokonał. Tak więc filozofowi i mistykowi Pitagorasowi przypisywano przywracanie ludzi do życia i to na 6 stuleci przed narodzeniem Chrystusa. Potem to samo przypisywano Apoloniuszowi z Tiany i innym. Owi ludzie jednak, tak jak sam Pomazaniec, zajmowali się publiczną działalnoscią, nauczali, leczyli itd.

Mitotwórcy maryjni musieli jednak spostrzec (wyobrażam sobie, że ku swemu przerażeniu), że o Marii nic właściwie znaczącego nie da się powiedzieć. Że jak na matkę takiej postaci jak Jezus, jest ona wyjątkowo “blada”. Stworzono co prawda ewangelię (“według Jakuba”), mającą obrazować czystość charakteru Marii, trzeba jednak przyznać, że tworcy podobnych utworów wykazali wyjątkowo mało inwencji twórczej. Mogli przecież – przynajmniej teoretycznie – zrobić z niej wielką jednostkę dokonującą cudów dzięki boskiej inspiracji. Tymczasem obraz owej Marii – już nawet tej zmitologizowanej – to wciąż obraz (przepraszam za okreslenie) osoby nadzwyczaj przeciętnej, tyle że wyjątkowo pobożnej. Czy było to wynikiem obaw przed zbytnim “feminizowaniem” mitologii nowej religii, niechaj rozstrzygać to probują historycy.

Ewidentne jednak jest, rzuca się to wręcz w oczy, że nie dało się wskazać na jakiekolwiek fakty potwierdzające bodaj symboliczną wybitność tej postaci pod jakimkolwiek względem uzasadniającym jakikolwiek kult. Co więcej – owa Maria, tak rzekomo zespolona z Chrystusem i jemu do końca oddana, nie towarzyszyła mu na ogół, gdy chodził nauczać. Gdy zaś został pojmany i groziła mu śmierć, nie poszła nawet do sanhedrynu czy bodaj do Pontiusa, by wstawić się za swym synem! Matki osób nawet tylko uwięzionych starają się za nimi wstawiać i dowiadywać się o ich los. Chrystusowi zaś groziła śmierć, a ona nic!  W jednej ewangelii kanonicznej (“Jana”) Maria widziana jest pod krzyżem, ale nie w czasie drogi krzyżowej. Pod pałac arcykapłana szło za aresztowanym Chrystusem dwóch apostołów, Marii tam nie było; krzyż pomagał mu dźwigać jakiś przypadkowy, obcy mu zupełnie człowiek, znany nam jako Szymon z Cyrenajki, o Marii nawet pisarz się nie zająknął, czy była w pobliżu; po śmierci Chrystusa nie była nawet obecna podczas jego pogrzebu, ani też nie pojawiła się później przy jego grobie po “zmartwychwstaniu” (no, tego już za wiele, jak na “najlepszą”, “nierozerwalnie związaną” itd, nie sądzicie?). Sam zaś Chrystus (po swym zmartwychwstaniu) ukazywać się miał rozmaitym osobom, rzekomo ponad 500, ale wykazał niezwykłą wprost “powściągliwość” gdy przyszło do ukazania się własnej matce.

To, co nazywamy “Pieta” również nie ma oczywiście kanonicznego potwierdzenia i jest późniejszym produktem maryjnej mitologii. Ale przynajmniej Maria była pod krzyżem, więc dało się jakoś – per analogiam z innymi matkami – naciągnąć, upiększyć i wyszlifować. Tymczasem matki wstawiającej się za swym synem nie dało się z niej zrobić – nawet per analogiam z innymi matkami. Inaczej pewnie doczekalibyśmy się obok watykańskiej Piety równie pięknej rzeźby (może też Michała Anioła?) zwanej np. Maria Prosząca lub Maria Wstawienniczka, Matka Błagająca lub jakoś podobnie. A tymczasem nic, nic i nic.

I nawet nam najcześciej tego rodzaju wizerunek Marii nie przychodzi do głowy, bo już nie było najlichszej podstawy po temu, by w ogóle powstał. Spytaj siebie sam, Tomaszu, czy gdyby Ci ktoś porwał Twoją córkę (czego Ci oczywiście żadną miarą nie życzę!!!), to nie wpadłbyś w szał, nie starałbyś się dowiedzieć gdzie jest, a gdybyś się dowiedział, to nie udałbys się tam natychmiast, nawet na bosaka po śniegu, by przynajmniej złoczyncow ubłagać (jeśli już nie po to, by im – po męsku – “przemodelować” facjaty), by jej nie skrzywdzili? A jak zachowałaby się Twoja Żona? Czyż nie stałaby się błyskawicznie kimś, kto mógłby owej biblijnej Marii, tej “ciepłej klusce” bez wyrazu i charakteru, być postawione jako wzór do naśladowania?

Żydówka na egipskich nogach

Nie chcę przez powyższe powiedzieć, że Maria była wyrodną matką, ale w końcu jeśli ma być z niej taki ideał, jaki zbudowała teologia, to czemu nie jest to ideał? No, ale może – bo to też w końcu prawdopodobne – po prostu nikt nie zauważył jej bólu przed egzekucją Pomazańca. Pragnę natomiast wskazać Ci, jak nieprawdopodobnie uboga – wręcz nędzna – jest nasza wiedza o matce Jozuego Pomazańca, uboga w stopniu w pełni potwierdzającym i uzasadniającym stwierdzenie, że jest ona nieznana, że tak naprawde niczego o niej nie wiemy – o niej, z której mitotwórstwo późniejszych teologów uczyniło Gwiazdę Morza (“Stella Maris” – przydomek zerżnięty od pogan – konkretnie od Izydy!) oraz Królową Niebios (też rżnięte od pogan, też od Izydy zresztą, tak samo jak “Matka Boska”). Dochodzi wręcz do tego, że w dyskusji, w której stawiane jest pytanie, co ta Maria właściwie sławnego zrobiła, co by uzasadniało ten wyśrubowany do granic (a nawet daleko poza granice) absurdu jej kult, ktoś podaje jako powód, że… poprosiła Jezusa w Kanie Galilejskiej, by coś zrobił, gdy brakować zaczęło wina!!! Ktoś inny znów w owym “Magnifikat” z ewangelii widzi potwierdzenie “zaangażowania się na rzecz ubogich”!

Przypomnieć zatem warto, że zaangażowania na rzecz ubogich (czy w ogóle kogokolwiek) nie dowodzi się piejąc dytyramby pod własnym adresem, ale robiąc coś konkretnego, na co możnaby wskazać (dodać wypada, że zapowiedzi typu “sławić mnie będą wszystkie pokolenia” brzmią raczej jak samochwalstwo niż wyraz pokory). Najczęściej jednak odpowiedzią na podobne pytanie jest milczenie i w tym chyba wypadku zgodzić się należy z tezą, że “milczenie jest złotem”, bo istotnie lepiej milczeć niż kompromitować tę Marię doszczętnie i na pośmiewisko ją wystawiać. Była zapewne w gruncie rzeczy przyzwoitą osobą, ani wyróżniającą się ani negatywnie komuś podpadającą, jedną z wielu matek w I wieku naszej ery. Utrzymywana sztucznie cała ta misternie sklecona mitologia, i to w dodatku podniesiona do rzędu dogmatów sine qua non, kiedyś runie z tym większym hukiem im wyżej w chmurach tę kobietę utrzymuje. Oddawanie jej szacunku jako kobiecie i jako matce też by wystarczyło w dzisiejszej dobie, bez tego ultra-kanonizowania, które odpycha już dziś połowę wszystkich chrześcijan, a niechrześcijan przyprawia niemal o konwulsje śmiechu.

W samej tylko Francji istnieje ponad dwieście miejsc kultu “czarnej madonny”. Niemal we wszystkich spośrod owych ponad dwustu miejsc istniały miejsca kultów bogiń pogańskich. Tak więc w Chartres pierwsi misjonarze chrześcijańscy zrezygnowali nawet początkowo z nawracania miejscowej ludności, bo czciła ona boginię rodzącą dziecko. Uznali zatem, że chodziło tu o jakąś wczesną wersję kultu maryjnego. Pierwotna statua pozostała zatem tam, gdzie była. Nie ruszając jej, zbudowano wokół niej pierwszy kościół chrześcijański. I tak budowano tam jeden kościół za drugim aż do czasu zbudowania obecnej katedry. Ponieważ w czasie Rewolucji Francuskiej ta pierwotna statua została zniszczona, zastąpiono ją później inną, z ciemnego drewna.

Podobna historia wydarzyła sie w Le Puy, gdzie z kolei czczono boginię Cerridwan. Pierwotna statua też została zniszczona w czasie rewolucji. Ale później dokonano ciekawego odkrycia: owalny kamien w kolorze czerwonym, z wizerunkiem Izydy i napisem hieroglificznym cytowanym już powyżej. Pięciu papieży i piętnastu królów chrześcijańskich oddało tam cześć “czarnej dziewicy” oraz cała masa innych pielgrzymów. Między innymi w intencji zwycięstw swej sławnej córki modliła się tam Isabelle Romeé Darc (d’Arc), matka Joanny.

Możnaby co prawda odpowiedzieć, że owszem, modlili się w miejscu kultów pogańskich, ale zwracali się w końcu do Marii, nie do Izydy czy Cerridwan. Prawda, tylko że modląc się do Marii, modlili się do tego, co w niej bylo z Izydy. Gdyż Maria z ewangelii to nie była “pocieszycielka nasza, orędowniczka nasza, pani nasza”, bo taką to akurat była Izyda. Żałosnym zaś byłoby zanoszenie modłów  o wstawienie się za ludzi u Boga do osoby, która za swego życia nie wstawiła się nawet u ludzi za swym własnym synem. Modląc się więc do Marii, nieświadomie oddawali cześć mitowi Izydy, gdyż bez Izydy Maria jest niczym. Dlatego to właśnie Maria-Żydówka – jako przedmiot kultu – stoi na nogach bogini Egiptu.

Czy to oznacza, że Maria – taka jaką stworzył ją demiurg(1) zwany Teologią – nie może być osobą, z którą możnaby się utożsamiać? Sądzę, że sama praktyka, trwająca wiele stuleci wystarcza tu za wszelką odpowiedź: tak, można (jak najbardziej!) utożsamiać się i z taką właśnie Marią. Wierzenie samo w sobie wystarczy za wszelki argument. Ludzie dawali i bez przerwy dają przecież dowody, że utożsamiać się potrafią nawet z całkowicie fikcyjnymi postaciami, bohaterami powieści, opowiadań czy filmów. I też można wykazać, że te opowiadania i inne utwory fikcji są nośnikami prawdy. W końcu po coś przecież tworzy się sztukę, a prawdą jest przy tym, że pierwsze antyczne teatry wzięły się z przedstawień religijnych właśnie. Poganie za pomoca takich przedstawień wprowadzali swoich religijnych literalistów w ezoteryczne prawdy wiary, w ten sposób usiłując zapoznać ich z nieliteralistycznym znaczeniem przedstawianych mitów.

Jednak choćby nie wiedzieć jak piękny i przydatny jest mit, prędzej czy pózniej nadchodzi czas, że człowiek zdaje sobie sprawę, że jest to istotnie tylko mit. Piękny, użyteczny, ale mit. Alegoria zawsze była przydatna, czasy biblijne nie były żadnym wyjątkiem, Chrystus też się nią posługiwał.

Maria, ta Maria “demiurgostwa” “ojców kościoła” i ich następców, też jest ciekawą przypowieścią. I nie jest celem niniejszego tekstu stwierdzenie, że mit ten nie może istnieć. Piszący nie miałby przecież również niczego przeciw temu, aby dziś wznoszono nawet sanktuaria poświęcone Izydzie, jeśliby tylko znaleźli się chętni do praktykowania jej kultu i potrafili zebrać wystarczające fundusze (tak nawiasem: kult Izydy w postaci śladowej istnieje). Wiele sanktuariów maryjnych jest przecież pięknych i oferuje wspaniałą atmosferę do modlitwy, medytacji czy bodaj skupienia. Oferują one atmosferę, jakiej często próżno byłoby szukać w innych miejscach przeznaczonych dla kultu religijnego. Niech mi wolno będzie podzielić się tu fragmentem z pisanego pare lat temu “do szuflady” dziennika:

“Anglicy mawiają: “seeing is believing”. I coś w tym jest. Więc trzeba coś w kościele widzieć, a nie jedynie słyszeć. (…) mogłem zobaczyć ołtarze z obrazami, mogłem się cieszyć światłami, na ogół nieco przyciemnionymi w celu zapewnienia właściwej atmosfery. Widziałem świece, kielich, patene, baptysterium. Nie uchodziły mojej uwadze konfesjonały. Podobały mi się szaty liturgiczne w różnych kolorach, a każdy z nich ma swoje znaczenie. Ja tego znaczenia jeszcze wtedy nie rozumiałem, ale już same kolory przemawiały do mojej wyobraźni. I widziałem coś jeszcze: jak ludzie klękają, by przyjąć Hostię. Tego nigdy nie zapomnę: ksiądz z namaszczeniem wyciąga śnieżnobiałą hostię (nie wiedziałem wtedy jeszcze z czego jest zrobiona ani jak jest krucha – zmysł smaku więc zadziałać nie mogł – wyobrażałem sobie jednak ten smak – jako inny oczywiście niż w rzeczywistosci) (…) To zrobilo na mnie wielkie wrażenie! Bo przecież nie widzialem tych ludzi klęczących np. na ulicy przed “panem milicjantem” ani w sklepie przed rzeźnikiem. A tu przyklękali i to przed małą, kruchą hostią. “Więc to jest coś ważnego” – konkludowałem.”

Jak z powyższego widać, nieobce było mi to, co często utożsamia się z typową religijną ortodoksją katolicką. Oczywiście w momencie pisania powyższego nie wspominałem Marii, bo nawet skłaniając się ku ortodoksji nie miałem w sobie “maryjności”. Doceniałem jednak znaczenie barw i wizerunków (w tym też Marii), a przecież pisałeś, Tomaszu, że zmieniać zacząłeś swój stosunek do NMP pod wpływem ikon właśnie. Rzecz w tym jednak, że takim pięknem i atmosferą można oddać cześć również wielkości rzeczywistej, całkowicie historycznie dowiedzionej i to w stopniu niemniejszym niż mitowi i “dedukcjom” teologicznym.

Jeśli wielkość jednej osoby w jakimś stopniu dorównuje mitowi innej, to czemu oglądać się za mitem zamiast podążać za prawdą? Przecież religie oferować mają właśnie poszukiwanie prawdy, a nie czołobitność mitowi! My mielibyśmy “kontemplować” dziewictwo mityczne Marii, gdy tymczasem inne dziewice (i to autentyczne; nie-dziewice zreszta też) miały do zaoferowania praktyczny pokaz tego, do czego zdolny jest człowiek w swoim działaniu. Według listu przypisywanego Jakubowi w Nowym Testamencie wiarę pokazuje się czynem, a my mamy marnować czas na dogmaty, bo tak każe hierarchia. I potem ta hierarchia jeszcze twierdzi, że poza jej denominacja nie ma prawdy lub co najmniej pełnej prawdy. Troche jak u licytujacych się sklepikarzy: “tylko u nas, proszę państwa, tylko u nas!”.

Maria i… Horst Wessel

Najprawdopodobniej Horst Wessel był wyjątkowo przyzwoitym i ideowym młodym człowiekiem, jednym z tych, których nie powstydziłaby się “młodzieżówka” żadnej partii politycznej. Urodzony w 1907 roku w Bielefeld, przeżył najgorszy okres kryzysów politycznych i upadku gospodarczego Niemiec po I Wojnie Światowej. Zrezygnowal ze studiów, pragnąc być bliżej klasy robotniczej oraz bezrobotnych. Związał się z pewną byłą prostytutką oraz wstąpił do narodowosocjalistycznych “Oddziałów Szturmowych” (SA). W wieku niespelna 23 lat został zamordowany, nie wiadomo dokładnie czy przez byłego “boyfrienda” swojej ukochanej czy też przez jej byłego alfonsa. Stało się to w roku 1930. Naziści jeszcze nie sprawowali władzy i musieli na nią trochę poczekać. Jednak ten człowiek, który nigdy niczego wielkiego nie zdążył dokonać (kto wie, może i lepiej, bo nie wiadomo co by to mogło być, biorąc pod uwagę kierunek, w jakim poszła NSDAP), stał się jednym z najbardziej znanych nazistów w Niemczech, a potem także poza ich granicami. I jest znany po dziś dzien. Dlaczego?

Otóż około 3 lat przed śmiercią, będac mniej wiecej 20-latkiem, napisał on wiersz do pewnej melodii, który potem – wraz z tą melodią – stał się istną bombą jako pieśn polityczna, bodaj jedną z najbardziej nośnych pieśni politycznych XX wieku. Po raz pierwszy publicznie została ona odegrana i odśpiewana już bodaj podczas pogrzebu Wessela. Stała się stopniowo hymnem NSDAP i po dziś pozostaje najlepiej znaną pieśnią polityczną narodowego socjalizmu. Wessel stał się więc bohaterem partii, męczennikiem (twierdzono, że zamordował go komunista i kto wie, może coś z prawdy istotnie w tym jest), jego imieniem po 1933 roku nazywano place i ulice w Niemczech, doczekał się on nawet poświęconego sobie filmu fabularnego.

W czasie wojny jego nazwisko stało się nazwą jednostek wojskowych. Można sobie wyobrazić, że w razie wygranej, w Niemczech doczekałby się on zapewne niejednego pomnika i może nawet mauzoleum. Stałby się symbolem ruchu politycznego i – per analogia możemy też założyć – zapewne byłby on fetowany jako jeden z bohaterów walki o postęp. W swojej “denominacji” politycznej oczywiście. Nazizm jednak przegrał, “Horst-Wessel-Lied” także, przynajmniej do tego stopnia, że w niektórych krajach jego publiczne śpiewanie lub granie jest prawnie zabronione.

No dobrze, ale czy ten Horst Wessel ma właściwie cokolwiek wspólnego z Marią, matką Jezusa? Przecież ani chrześcijaństwo nie przegrało w historii (przynajmniej na razie), ani Wessel nie ma nic wspólnego z żadnym ruchem religijnym, nie urodził żadnego mesjasza (ani nie był “dziewicą”), służył niewłaściwemu ruchowi politycznemu i to jeszcze jako szturmowiec (SA-Mann). Czy więc kojarzenie jego z Najświętszą Marią Panną jest w ogole rzeczą właściwą? Czy nie mamy tu do czynienia z jakąś prowokacją?

Odpowiedź na wszystkie te trzy pytania jest tutaj pozytywna: tak, to jest prowokacja; tak, Wessel ma coś wspólnego z NMP (choć oczywiście nie wszystko); tak, porównanie jest jak najbardziej na miejscu. I to na miejscu właśnie z powodu tego, co wspólnego ma z Marią Horst Wessel:

Obydwie te osoby są mało znane ze związanych z nimi faktów; obydwie mało w życiu dokonały; obydwie stały się legendami swych ruchów (jednego religijnego i jednego politycznego), choć oczywiście tylko  jedna z nich na dodatek otaczana jest kultem religijnym. Przeciw żadnej z nich nie możnaby wysunąć jakichkolwiek zarzutów, nie można tak naprawdę przeprowadzić krytyki działalności żadnej z nich – bo nie są znane z żadnej poważnej działalności, więc nie można twierdzić, że tu i tam popełniły poważne błędy (nie mowiąc już o zbrodniach). Były chyba znane z dobrej strony i dlatego nadawały się znakomicie na mit. Można na takiej “białej karcie” napisać dosłownie wszystko, czego dusza (propagandzistów) zapragnie: można uczynić daną osobę ortodoksyjną do granic fanatyzmu; można też zrobić z niej osobę super-tolerancyjną; można jej przypisać oddanie innym ludziom (aż po grób), a nade wszystko można podkreślać ich pokorę, którą stawiać można jako wzór do naśladowania dla innych. Tak więc Maria to najlepsza matka, najczulsza, najbardziej współczująca, dosłownie niezrównana ani w czasach przed nią ani po wszystkie wieki wieków (Amen!). Horst natomiast to wyjatkowo ideowy młody człowiek, który rezygnuje z osobistej kariery życiowej, by całkowicie oddać się dziełu zbudowania lepszych warunków bytowych klas pracujących w swoim kraju, energiczny i żarliwy patriota, dla którego nie ma szczęścia osobistego, jeśli nie ma go w ojczyźnie (Heil!). Obydwie te postacie są wzorami i z obydwiema ludzie mogą się utożsamiać. Jeśli dziś z Wesselem utożsamia się niewielu, to dlatego, że nazizm przegrał i pociągnał za sobą do politycznego grobu tego człowieka. Jeśliby kiedykolwiek przegralo chrześcijanstwo, to i Maria pójdzie w zapomnienie. Oboje zatem “przepadliby” i to bez jakiejkolwiek winy własnej.

“Fundament chrześcijaństwa”?

Abraham jest uważany za praojca Żydów. Ale z piany morskiej się on nie narodził, miał jakąś matkę. Czy doczekała się ona u Żydow jakiegokolwiek zdogmatyzowania i czy traktowana jest przez nich niemal jako idealna “bogini” w stopniu, w jakim z Marii zrobiono ikonę samą w sobie? Co z matką Mojżesza? Co z matką Muhammada? Co z matką Buddy? Co z matką Bahaullaha? Czy wreszcie, by do najnowszych czasów sięgnąć, co z matką Rona L. Hubbarda (twórcy scjentologii)? Widzimy, że żaden z ruchów religijnych założonych przez powyższych przywódców nie zanika ani nie rozpada się z braku  wynoszenia na ołtarze matek swych założycieli. Zatem niesłuszny jest np. argument, ze “godząc w mariologię, godzimy w fundament chrześcijaństwa”. Godzimy w fundament mariologii, to jasne, zresztą też nie po to, by wykazać, że należy (trzeba, musimy*) się wierzeń maryjnych koniecznie pozbyć z Kościoła. Fundamentem chrześcijaństwa nie jest urodzenie się Pomazańca z takiej czy innej kobiety, lecz rodzaj przesłania tej religii. Tak na dobrą sprawę nie jest nawet godzeniem w fundament chrześcijanstwa kwestionowanie dogmatu o boskości Jezusa (czyli Jozuego).

To, co najwyżej jest godzeniem w fundament pewnej odmiany chrześcijanstwa, która (prawdopodobnie) może w końcu zaniknąć. Ale inne jego odmiany przetrwałyby. Te mianowicie, które nigdy nie posunęły się tak daleko, by z tego nauczyciela robić Boga. Dlatego też dla takiej odmiany jest to rzeczą najzupełniej obojętną czy ktoś demitologizuje Chrystusa i obdziera go z boskości czy nie. Ona takich wysiłków się nie boi i najzupełniej spokojnie może sobie na nie bimbać, w przeciwienstwie do fundamentalistów, którzy zdają się drżeć na wspomnienie każdej sugestii, ze J.Ch. nie był bogiem.

Dlatego też tak jak niepotrzebne mi są wizualne upiększenia, np. wizerunki Teresy z Lisieux nie mające niemal nic wspólnego z rzeczywistym, zachowanym na fotografiach wyglądem owej świętej, wizerunki, na których “modelowana” ona jest niemal na Ingrid Bergmann i jak są mi  niepotrzebne “do szczęścia” całkowicie fikcyjne “portrety” Chrystusa, na których jest on super-amantem o niebieskich oczach i długich blond włosach niczym “ideał aryjskości” z pewnych plakatów z lat 1933-45, tak też nie potrzebuję również upiększania Marii w teologicznym sensie.

Tak, uznaję w pełni użyteczność mitów i mitologii (toteż jeśli nazywam teologow mitologami, to niekoniecznie ma to u mnie znaczenie pejoratywne). Użyteczne one są i zawsze były, np. ta bajka o Krzysztofie (Christoforos). Lubię fikcję, choć nie do przesady. Dlatego też nie czytuję zbyt wielu powieści. Moją ulubioną powieścią jest “East of Eden” (“Na wschód od Edenu”) Johna Steinbecka. To motyw Kaina i Abla z ST, pokazany w realiach USA z przełomu XIX i XX wieku; przyznam, że u Steinbecka przedstawiony jest o całe niebo bardziej przekonująco niż w ST-owskim oryginale (rzeczywiście oryginale?). Nie zmienia to jednak faktu, że bardziej chylę czoła przed osobami o rzeczywistej i wykazanej historii.

Czy miałbym z tego powodu uważać, że godzę w fundamenty chrześcijanstwa?  W sytuacji, gdy przecież i sam Mistrz stwierdził był nawet (jeśli wierzyć przekazowi z ewangelii), że osoby posiadające wiarę dokonywać będą rzeczy większych niż jego własne?

Izyda jednak lepsza…

Jak na owe antyczne czasy, mit Izydy musiał być jednak wyjątkowo nośny. Pochodzący z Egiptu, szeroko rozpowszechnił się w krajach basenu Morza Środziemnego, w tym również w krajach cesarstwa rzymskiego. Kult oparty na nim stał się wkrótce najpopularniejszym kultem tego rodzaju. Wizerunki tej bogini wykazywały duże zrożnicowanie formy: inaczej wyglądały w Egipcie, inaczej w Grecji, a jeszcze inaczej w Rzymie, ale kult był ten sam. Dzisiejsi chrześcijanie, zwłaszcza ci, co – powodowani chęcią wykazania wyższości Marii – za wszelką cenę pragną ten kult “historycznie” zdyskredytować, cedząc przez zęby z pogardą uwagi o “jakiejś bogini płodności”, niechaj pamiętają, że bogini płodności to jednak było wówczas coś znacznie więcej niz żadna bogini (jak Maria…), tym bardziej, że Izyda była nie tylko boginią płodności, ale i mądrości oraz paru innych jeszcze rzeczy. I niechaj pamietają, że Izyda była najwyraźniej atrakcyjna również dla swych chrześcijańskich prześladowców (to niszczenie świątyń itd), skoro zdecydowali się oni scedować jej przymioty (a nawet przymiotniki odnoszące się do niej) na Marię. Na terenach południowej Francji przejmowali nawet wizerunki, jedynie je przemianowując. I aż do dziś nie ośmielili się nawet zmienić barwy owej czarnej dziewicy.

Tak, to prawda, większość obecnych wizerunków “Czarnej Madonny” pochodzi z czasów późniejszych i zawdzięcza swą barwę dymowi ze świec palonych obok nich przez setki lat. Jednak już sam fakt, że niemal w każdym miejscu kultu takiej madonny istniało miejsce kultu poprzednich odpowiedniczek Marii mówi sam za siebie. Nie wszystko można zatem “zwalić” na te świece. Zreszta Izyda też nie zawsze była przedstawiana jako czarna.

Tak jak kultura Grecji zawojowała podbijający ją Rzym, tak też Izyda podbiła zupełnie Marię i całkowicie zmieniła jej skromny początkowo wizerunek(2).

Napoleon przegrał pod Waterloo z Wellingtonem i Blűcherem, ale to właśnie jego imieniu miejsce to zawdziecza swą sławę. Kto zatem zwyciężył w historii? Zwycięstwo miewa różne oblicza…

Jeśli celem “wycieczki”, na którą mnie zaprosiłeś, Tomaszu, było ukazanie piękna i głębi duchowej obecnego kultu maryjnego, to “miecz” to obosieczny, walczy on bowiem również dla Izydy potwierdzając przy okazji to, o czym pisałem gdzie indziej: że “marianici” mają puste ręce, gdy chodzi o fakty dotyczące Marii-człowieka, to zaś, co mają dla kultu Marii, wcześniej “ukradli” Izydzie.

Prędzej czy później trzeba się zdecydować i dokonać wyboru: jeśli spojrzeć na Marię jako na człowieka, to przegrywa ona z innymi świętymi, a nawet z wieloma, co do żadnego kanonu nigdy nie zostali włączeni. Jeśli zaś punktem wyjścia ma być Maria jako mit, to przegrywa ona z Izydą. Izyda to bowiem coś więcej niż Maria. Maria to jedynie Matka Boska. Izyda zaś to nie tylko Matka Boska, ale matka wszelkiego życia. W swoim kraju “rozpoczęła” jako bogini Nilu, który wylewając rokrocznie nawadniał pola i użyźniał je czarnym mułem rzecznym. Cały więc Egipt zawdzięczał jej swe życie. To dlatego wyobrażano ją często jako czarną dziewicę. Nawet jej kapłani ubrani byli na czarno.

Ci, co z taka pasją bronia dziś kultu Marii, mogliby równie dobrze pochylić czoła przed jej wielką poprzedniczką, przed jej “siostrą”, “matką”, a nawet “babką”, od której tyle przejęli. Bo tak jak w nich samych płonie pasja dla “Przenajświętszej”, tak też w ich “starszych braciach w wierze” płonęła ta sama żarliwość dla Izydy.

Nie jestem wyznawcą Izydy, więc nie mogę też być wyznawcą kultu Marii. Ale jeśli cała ta historia ma mieć dla mnie wartość alegorii, to więcej już, Tomaszu, znalazłbyś we mnie “izydowca” niż “marianity”. Muszę jednak przyznać, że kult Marii, pielęgnowany na przestrzeni dziejów zakonserwował dość dobrze kult egipski, a istniejace stare sanktuaria maryjne, których Kościół Katolicki ma więcej niż tych dedykowanych bezpośrednio Chrystusowi, kryją w sobie fascynującą historię, składającą się na ten wspomniany przeze mnie we wstępie gmach, w którym maryjność jest tylko jedną wśród wielu komnat.

Michał Monikowski

Wyjaśnienie: wszystkie ilustracje zamieszczone w artykule przedstawiają wizerunki bogini Izydy.

Przypisy:

1. Demiurg bowiem nie tyle stwarzał ile raczej “urabiał, kształtował i modelował”, a teologia nie stworzyła ani Marii ani nawet tych wszystkich cech, które jej przypisała. Ona raczej posłużyła się materiałem już istniejącycm gdzie indziej, w ten sposób “modelując” Marię na to, czym miała ona się stać w kościele.

2. Zwłaszcza że rosnąca mitologia maryjna była wynikiem równie “puchniejącego” wizerunku Pomazańca: o ile bowiem jeszcze w II i III wieku przedstawiany był w swych wizerunkach jako skromny pasterz czy cudotwórca z czarodziejską różdżką w reku, to poczynając od IV wieku pojawiał się on już jako koronowany władca wszechświata. Co oczywiscie stanowiło również pośredni efekt wypadków politycznych w Rzymie.

Czy zatem znaczy to, że Maria zawdziecza swój kult wyłącznie Chrystusowi? Nie. W nowszych czasach bowiem spotykamy protestanckich chrześcijan ewangelikalnych, którzy, choć fundamentalistyczni w poglądach, akceptują nawet “dziewiczy poród”, to mariologii u nich nie ma co szukać. Ich wiara w cuda Nowego Testamentu ma jedno uzasadnienie: Chrystusa osobiście, nie Marię. Co oznacza, że mariologia jest zupelnie niepotrzebna nawet tym, co wierzą w boskosc Pomazanca.

Historia katolickiego i prawosławnego kultu maryjnego sięga jednak antyku. A wtedy trudno było akceptowac boskość kogoś, kogo matka nie jest “pół-boginią”. Wracamy zatem do punktu wyjścia: okoliczności czasu i miejsca. A za te w starożytności “odpowiedzialana” była głównie Izyda. Tak więc uzasadniona jest teza o Marii – córce Izydy.

Izyda a Maria


Dzień Przesilenia

Czas przesilenia zimowego jest dla mnie najbardziej magicznym i przepełnionym symboliką czas w roku, dlatego życzę z tej okazji wszystkiego najlepszego, oby spełniły się wasze marzenia i  nigdy nie zabrakło miejsca na nowe.

Przypominam też co pisałam na temat przesilenia zimowego w poprzednich latach:

https://biegnaczwilkami.wordpress.com/2013/12/22/nie-poprawiajmy-slonca/

i

https://krainablogini.wordpress.com/2012/12/21/czas-powrotu-slonca

Bardzo serdecznie dziękuję wszystkim odwiedzającym, komentującym oraz lubiącym profil bloga na FB. Pozdrawiam serdecznie, do zobaczenia w Nowym Roku!

greetings

RECENZJA: THE GODDESS CARD PACK JUNI PARKHURST

THE GODDESS CARD PACK. DISCOVERING YOUR GODDESS WITHIN (Pakiet Kart Bogini. Odkrywając W Sobie Boginię)

Juni Parkhurst

O AUTORCE

Niestety, to jedna z tych rzadkich sytuacji, kiedy nie jestem w stanie podać informacji na temat autorki, ponieważ niewiele mogę znaleźć. W książeczce dołączonej do talii nie ma jej biografii, nie posiada również swojej strony internetowej ani profilu na mediach społecznościowych. Wydaje się nie istnieć w Internecie, udało mi się jedynie znaleźć adres miejsca, gdzie przyjmuje jako hipnoterapeutka (w książeczce wspomniane jest również, że stawia karty bogiń oraz organizuje warsztaty na temat bogiń). Należy do UK Association for Humanistic Psychology Practitioners.

Jeżeli ktoś wie cokolwiek na jej temat, to proszę o podesłanie mi informacji.

ZALETY

Pierwszą zaletą jest z całą pewnością szeroki zakres kultur uwzględnionych w talii, znajdują się tu boginie z różnych stron świata.

Obrazy po raz kolejny okazują się plusem talii, wszystkie są jasne, kolorowe i podobne w stylu do artystów ekspresjonistycznych i fowistycznych takich jak Munch czy Matisse. Wydają się odrobinę niedbałe i dziecinne, ale to też może być traktowane jako zaleta, bo ten prosty i bezpośredni sposób przedstawienia odwołuje się natychmiast do intuicji rozkładającego. Intuicja jest podstawowym, pierwotnym i bezpośrednim zmysłem, a zatem kolorowe, nieskomplikowane obrazy mogą być bardzo pomocne w zapędzeniu jej do pracy. Oczywiście, tak jak zawsze powtarzam za starożytnymi Rzymianami de gustibus non est disputandum i dla niektórych będzie to stanowiło wadę tej talii.

Oklaski należą się za włączenie w skład jedynie prawdziwych bogiń, nie ma tu karty Marii.

Kolejną ogromną zaletą jest próba nadania struktury talii kart – wyroczni. Cała talia jest podzielona na sześć części rządzonych przez archetypowe bóstwa uosabiające poszczególne cechy: Afrodyta, Kali, Diana, Hekate, Atena i Demeter. Aby odnaleźć boginię, która najbardziej obrazuje naturę rozkładającego, należy wypełnić krótki test osobowościowy. Każda bogini rządząca grupą jest następnie opisana poprzez streszczenie mitologii na jej temat oraz współczesny odpowiednik w psychologii, podane są również wizualizacje i rytuały oraz znaczenie dywinacyjne.

Inne boginie przypisane są do grup rządzonych przez wyżej wspomniane bóstwa.

Grupa Kali Bogiń Ciemnej Strony Księżyca

Pele

Meduza

Lilith

Sekhmet

Grupa Demeter Bogiń Które Żywią

Gaja

Brigid

Kwan Yin

Sofia

Grupa Hekate Bogiń Uświęconych Misteriów Uzdrawiania

Persefona

Hygieja

Ostara

Zmieniająca Się Kobieta (Changing Woman)

Grupa Diany Bogiń Natury

Yemanya

Ceres

Cerridwen

Chalchiuhtlicue

Grupa Ateny Bogiń Wojowniczek

Morrigan

Wiktoria

Freja

Inanna

Grupa Afrodyty Bogiń Miłości i Seksu

Frigg

Izyda

Lakszmi

Oszun

Uważam, że to zaleta tej talii, w końcu taki temat jak mitologia bogiń wydaje się być znakomitym źródłem archetypów gotowych na to by przełożyć je na współczesne realia. W zasadzie to jestem zdumiona, że większość talii kart bogiń nie zwraca uwagi na ten aspekt, tylko koncentruje się na elementach przesłań i kultu.

WADY

Podział ów może jednak równie dobrze być traktowany jako wada, ponieważ jest kontrowersyjny. Przypisanie rządzących bogiń do ich grup może być kwestionowane. Niektóre boginie są raczej wszechstronne i trudno zaklasyfikować je do tylko jednej kategorii, Sekhmet mogłaby równie dobrze być boginią wojowniczką, Freja i Inanna są równie silnie postrzegane jako patronki miłości i seksu co wojny, a Lakszmi wydaje się pasować do grupy bogiń żywicielek. Osobiście chciałabym zobaczyć jeszcze jedną nową grupę bogiń mądrości, inteligencji oraz inspiracji z Sofią, Brigid i Ateną.

W mojej opinii wydanie kart jest byle jak zrobione, o ile wręcz nie niechlujne. W książeczce znajdują się zarówno błędy rzeczowe (wspominałam już w moim poście o Demeter, że Ceres nie była grecką, a łacińską boginią) jak i zwykłe literówki (‘Eostara’, ‘The Morrogon’ and ‘Lakshimi’). Instynktownie zaczęłam szukać nazwiska korektora, ale takowego nie znalazłam. Informacje na temat wydania są bardzo skąpe, tak jakby całą robotę przy stworzeniu tej talii wykonała tylko jedna osoba. Podane jest uznanie praw autorskich Juni Parkhurst, ale tylko w odniesieniu do tekstu, a nie obrazów tak jak ja (i zapewne większość użytkowników) na początku sądziła! A więc kto stworzył obrazy? Podobnie jak w innej publikacji wydawnictwa Godsfield Press’ czyli The Goddess Power Pack nie ma bezpośredniej wzmianki, ba! nie ma nawet listy osób uczestniczących w procesie wydawania jak w przypadku kart Cordelii Brabbs, zatem nie możemy się nawet domyślać kto wykonał robotę ilustracyjną. Jeszcze bardziej zbiło mnie z tropu to co przeczytałam w książeczce:

Juni Parkhurst domaga się uznania moralnego prawa do bycia rozpoznawanym jako autorka tej pracy.

‘Moralnego’? Dla mnie to brzmi dwuznacznie… Jeżeli chodzi o prawa autorskie to w zwyczaju jest ustanowienie jasnego i precyzyjnego przypisania ich aby uniknąć jakichkolwiek możliwych sporów prawnych, natomiast słowo ‘moralne’ ma zbyt wiele znaczeń by być dokładnym. To nie pierwszy raz, gdy publikacji z Godsfield’s Press brakuje jasności (odsyłam do mojej recencji Goddess Power Pack). Nie będę dalej zagłębiać się w ten temat, ale z całą pewnością traktuję to jako ogromną wadę tej talii.

Aby podsumować, pozwolę sobie zacytować rosyjskie przysłowie mówiące, że chcieliśmy dobrze, a wyszło jak zawsze

WYDANIE

30 kart

książeczka zawierająca wstęp, informacje na temat tego jak używać talii, test ‘Którą Boginią Jesteś?’, opisy bogiń, rady na temat tego jak używać kart (jak je wykładać, kilka rozkładów, jak interpretować karty), słynne typy bogiń oraz index

pudełko

box juni pankhurst

W książce jako omówienie każdej karty ujęte są:

opisy bogini rządzącej grupą (historia, dzień obecny, wyzwania, miłość, rytuał, wizualizacja, znaczenie dywinacyjne)

+

inne boginie (słowa klucze i krótkie znaczenie dywinacyjne)

Rozmiar kart to 13,5 x 8 cm

Koszulkę stanowi  brązowo-żółte ryby pływające w błękitnych falach.

PRZYKŁADOWE KARTY

Atena

Atena w Goddess Card Pack Juni Parkhurst

Brigid

Brigid w Goddess Card Pack Juni Parkhurst

Demeter

Demeter w Goddess Card Pack Juni Parkhurst

Izyda

Izyda – Hathor w Goddess Card Pack Juni Parkhurst

Lakszmi

Lakszmi w Goddess Card Pack Juni Parkhurst

Koszulka

back side juni parkhurst

© 1999 Godsfield Press i text © 1999 Juni Pankhurst

Wydawca: Godsfield Press/Sterling

ISBN: 0 – 8069 – 9903 – 9

Afrodyta
Atena
Brigid
Ceres
Cerridwen
Chalchihuitlicue
Zmieniająca Się Kobieta (Changing Woman)
Demeter
Diana
Eostre
Freja
Frigg
Gaja
Hekate
Hygieja
Inanna
Izyda
Kali
Kuan Yin
Lakszmi
Lilith
Meduza
Morrigan
Oszun
Pele
Persefona
Sekhmet
Sofia
Wiktoria
Yemanya

 

KILKA SŁÓW ODE MNIE

Witam serdecznie

Jak być może wiecie mam na imię Anna i od marca 2012 prowadzę tego bloga. Interesują mnie karty wszelkiego rodzaju, ale najbardziej upodobałam sobie te związane z boginiami. Na tej stronie zamieszczam mity oraz symbole bogiń i oparte o nie własne interpretacje kart. Nie należę do Wicca czy żadnej innej formy kultów pogańskich, postacie kobiecych bóstw interesują mnie nie od strony wyznaniowej, lecz psychologicznej jako archetypy.

W związku z brakiem czasu, jestem zmuszona zawiesić na razie publikowanie nowych odcinków i prezentowanie bogiń, które jeszcze nie pojawiły się na blogu. Postaram się jednak

– odświeżyć, dopracować i opublikować na nowo kilka już zamieszczonych postów

oraz

– napisać kolejne recenzje talii bogiń, jakie posiadam (a ponieważ mam ich trochę to roboty mi nie zabraknie).

Ponadto tak jak już o tym kiedyś pisałam moim marzeniem jest wydać własną talię bogiń, już od kilku lat funkcjonuje ona w wersji roboczej jako kartoniki z imionami bogiń i wróżę z niej sobie samej oraz moim znajomym. Zdaję sobie jednak sprawę, że do wydania potrzebne są także obrazy oraz solidnie przygotowana książka do pomocy użytkownikowi, dlatego na razie prace nad kartami są wstrzymane dopóki nie będę miała czasu spokojnie się przygotować. Chciałabym swoją pracę oprzeć na solidnych źródłach, nie na stronach internetowych, dlatego zajmie to na pewno jeszcze sporo czasu.

Na razie pozostaję przy pracy nad własną opowieścią, zainteresowanych fantastyką oraz duchowością serdecznie zapraszam.

Serdecznie dziękuję wszystkim za czytanie, komentowanie oraz wspieranie mnie w mojej pracy i życzę udanej końcówki roku, do zobaczenia w roku 2015.

RECENZJA: TALIA GODDESS POWER PACK CORDELII BRABBS

GODDESS POWER PACK (Pakiet Mocy Bogini)

O AUTORCE

Cordelia Brabbs, według jej własnych słów, jest kobietą interesu działającą w dziedzinie duchowości, trenerką osobowości (coachem), uzdrowicielką i osobą motywującą do zmian, które sprawiają, że życie staje się magiczne.  Notatka o niej na serwisie Amazon dodaje, że jest młodą dziennikarką i pisarką, która jako wolny strzelec udziela się w czołowych brytyjskich magazynach i gazetach w działach związanych ze stylem życia, zdrowiem i dobrym samopoczuciem. Oprócz tego, że pracuje nad pracą magisterską na temat kobiet, podróżuje po świecie, a jej hobby to jazda na snowboardzie, joga i reiki. Jest obecna na Facebooku, YouTube oraz na Twitterze.

ZALETY

Same karty są fantastyczne, kolorowe i łatwe w odbiorze. Boginie przedstawiono jako współczesne kobiety co daje bardzo ciekawy efekt, a jednocześnie zachowana jest cała symbolika, Atena (Minerwa) ma swoją sowę, Lakszmi lotos, a Lilith węża. Obawiam się, że stało się tak aby maxymalnie uprościć przekaz dywinacyjny, zgodnie z mottem tego wydania czyli Poczuj Się Boginią, co nie zmienia faktu, że są po prostu świetne i przedstawiają hipotetyczną sytuację gdyby dawne boginie przeniosły się do współczesności. Przy czym…nie ma żadnej wzmianki świadczącej o powiązaniu obrazów bezpośrednio z Cordelią Brabbs. Na końcu książki zamieszczono podziękowania i wymienieni są: Brenda Rosen jako consultant editor, Alice Bowden jako project editor, Sally Bond jako art editor, Pia Ingham dla Cobalt Id jako designer, Javier Joaquin jako illustrator i Louise Hall jako production controller. Czyli, o ile się nie mylę, gdyby stosować się do dobrych zwyczajów przy wydawaniu innych talii to ta powinna nazywać się Goddess  Power Pack autorstwa Cordelii Brabbs&Javiera Joaquina (ewentualnie Cordelii Brabbs, Pii Ingham&Javiera Joaquina, w zależności od wkładu pracy). Nie wiem czemu tak się nie stało rolleyes11.

WADY

Gdybym miała wybór to kupiłabym tylko talię, a podarowałabym sobie książeczkę do niej dołączoną, która jest pełna ezoterycznych banałów i bełkotu typu odnajdź w sobie boginię, w dodatku napisana w codziennym angielskim, który miał chyba w zamierzeniu trafiać do nastoletnich dziewcząt, ale coś mi mówi, że nawet one uznałyby ten styl za sztuczny. To że ktoś jest młody nie oznacza że można zbywać go prostymi radami na życie. Sama obwoluta daje obraz tego co będzie się działo w środku, gdy czytamy, że w środku znajdzie się 30 bogiń od niezależnej Artemidy i uwielbiającej zabawę Yemanyi aż do opiekuńczej Gai oraz sexownej Kali

Książeczka raczej odstrasza niż zachęca, a szkoda, bo sama treść wcale nie jest taka zła. Autorka wyciąga trafne przesłania z mitologii związanej z boginiami, ale co z tego skoro traktuje czytelnika jak dziecko i mówi, Masz zrobić to i to!. Z jednej strony zachęca, Nie idź w tłumie, rób to co jest zgodne z twoimi poglądami, ale z drugiej strony ma określony profil tego jakie to powinny być poglądy: pójście na manifestację antywojenną, zjedzenie jabłka zamiast czekolady, ćwiczenie jogi, zaangażowanie się w ekologię itd. Nie chcę być źle zrozumiana, to bardzo dobry styl życia i sama taki prowadzę, a jednocześnie wiem, że nie każdemu taki odpowiada i nie każdy jest gotowy aby go przyjąć. Na pewno nie pomaga w tym ton pewien wyższości, jaki stosuje autorka:  Możesz być frajerem i jeść, pić oraz nosić produkty z korporacji, jakie są ci wciskane, nawet jeżeli jedzenie jest pełne sztucznych substancji chemicznych, szminka była testowana na zwierzętach, a koszulka powstała w fabrykach, gdzie nie respektuje się praw pracowniczych. Ale możesz też dowiadywać się jakie produkty kupujesz i dokonywać etycznych wyborów, które pomogą tobie i planecie. Możesz oglądać telewizję i grać w gry na konsoli, żyjąc jak zombie naprzeciw migającego ekranu. Ale możesz też dbać o ciało, ćwiczyć je, dobrze odżywiać i spędzać czas na zewnątrz.  Tyle że każdy jest w swoim miejscu drogi życiowej i nie ma sensu go poganiać. Wyzywanie od frajerów też raczej nie pomoże przeciągnąć na ‘dobrą stronę Mocy’ wink3. Ta książka bardziej niż DO odbiorczyń mówi O autorce. Zanim zabrałabym się za pisanie książek z poradami dla innych, popracowałabym nad własnym ego, bo to ono każe nam porównywać się z innymi i przedstawiać jako tych lepszych.

Z tego narzucania co jest dobre a co nie, nic dobrego nie może wyjść. Każdy kto chociaż odrobinę interesuje się ezoteryką i kartami wie, że pokazują one jedynie sytuację i nie mogą podejmować decyzji za osobę, która je wyciąga. Dlatego karta Lilith mówiąca, Czas rzucić tego frajera (‘It’s time to ditch that loser’) to ogromne faux pas 74282! W taliach które uważam za dobre (jak omawiane już tu karty Amy Sophii Marashinsky i Hrany Janto) na podstawie warstwy mitologicznej formułuje się pytania, jakie powinien sobie zadać użytkownik, a nie zdejmuje odpowiedzialności mówiąc:  Zrób to, zrób tamto! A co jeżeli jakaś młoda dziewczyna postanowi rzucić ‘tego frajera’ tak jak radzi autorka, a jednak będzie potem z tego niezadowolona? Czy Cordelia weźmie na siebie odpowiedzialność skoro zapewniała, że to przyniesie jej takie fantastyczne życie?

Jako boginię uwzględniono Marię – za to duży minus ode mnie.

Minusem jest też koszmarne pudełko, które nasuwa pytanie, Co wydawca do cholery sobie myślał?!

Ogólnie rzecz biorąc, jeżeli zakupicie tę talię to najlepiej w ogóle podarujcie sobie korzystanie z książki i zamiast tego skoncentrujcie się na kartach. Wyciągajcie codziennie jedną, patrzcie na kolory, symbolikę, sytuacje przedstawione na obrazkach i sami szukajcie w mitologii, w ten sposób o wiele więcej się nauczycie.

WYDANIE

30 kart

anglojęzyczna książka zawierająca krótkie informacje o tym jak używać talii, kim są boginie, jak się z nimi kontaktować, czcić je i słuchać ich rad, sugestie jak zostać wyznawczynią bogini (‘g-girl’ od ‘goddess girl’), jak tworzyć ‘gangi wyznawczyń bogiń’, jakie są reguły bycia ‘g-girl’ i ‘g-girl gangs’, opisy ceremonii, kalendarz świąt, inwokacje, rytuały, afirmacje, przykładowe rozkłady, omówienie poszczególnych kart oraz index

pudełko z wkładką do przytrzymywania kart

W książce jako omówienie każdej karty ujęte są:

– imię bogini

– nazwa karty

– krótkie przedstawienie bogini

– sugestie jak dana bogini może pomóc i jej przekaz

– inwokacja do bogini

– rady co do inwokacji

– afirmacja

– jedno zdanie ogólnej rady bogini

box cordelia brabbs

Rozmiar kart to 13 x 8 cm

Koszulkę stanowi grafika w żółtym kolorze przedstawiająca oświetloną scenę.

PRZYKŁADOWE KARTY

Atena

Atena w The Goddess Power Pack Cordelii Brabbs

Brigid

Brigid w The Goddess Power Pack Cordelii Brabbs

Demeter

nie pojawia się w tej talii

Izyda

Izyda w The Goddess Power Pack Cordelii Brabbs

Lakszmi

Lakszmi w The Goddess Power Cordelii Brabbs

Koszulka

back side cordelia brabbs

Text copyright© Cordelia Brabbs 2005 

Wydawca: Godsfield Press

ISBN: 1 84181 253 6

Afrodyta
Artemis
Brigid
Cerridwen
Corn Woman (Kukurydziana Kobieta)
Durga
Eostre
Freja
Gaja
Hathor
Hekate
Izyda
Kali
Kuan Yin
Lakszmi
Lilith
Maat
Maeve
Maria
Minerwa
Oszun
Oja
Pele
Rhiannon
Sekhmet/Sechmet
Sulis
Tara
Uzume
Westa
Yemanya

RECENZJA: TALIA GODDESS INSPIRATION ORACLE KRIS WALDHERR

GODDESS INSPIRATION ORACLE (Wyrocznia Natchnienia Bogini)

O AUTORCE

Kris Waldherr jest ilustratorką, pisarką i projektanką. Jej prace wystawiane są w National Museum of Women in the Arts, jest autorką kilku popularnych talii takich jak The Goddess Tarot, The Lover’s Path Tarot, The Anubis Oracle, a także książek: Doomed Queens, The Book of Goddesses i The Lily Maid. Mieszka w Nowym Jorku wraz z mężem, antropologiem Thomasem Ross Millerem i małą córeczką Theą.

Więcej o niej na jej stronie: http://kriswaldherr.net/main/

ZALETY

Dla mnie osobiście pierwszą zaletą jest to, że talia ta jest po prostu bardzo przyjemna dla oka. Jeżeli ktoś widział The Goddess Tarot (‘Tarot Bogini’) tej samej autorki to mniej więcej wie jakiej stylistyki może się spodziewać, nie ukrywam, że mnie taka lekko niedbała, trochę umowna i nie do końca dopracowana grafika akurat pasuje, aczkolwiek rozumiem też jeżeli do kogoś te rysunki nie trafiają.

Polecam też dla osób, które cenią oryginalność, jest tu wiele bardziej ‘egzotycznych’ bogiń, których nie znajdziecie w typowych taliach. To wyjątkowo wielokulturowa talia, która naprawdę zawiera bóstwa ze wszystkich stron świata.

Po raz kolejny ogromnym plusem jest dla mnie to, że są tu WYŁĄCZNIE PRAWDZIWE boginie, nie ma karty Marii czy innych chrześcijańskich pseudobogiń. Autorka spogląda na postacie bogiń w sposób uniwersalny, raczej od strony mitologicznej i kulturowej niż wyznaniowej, nie znajdziemy tu żadnych rytuałów, inwokacji czy innych form kultu bogini. Nie ukrywam, że podoba mi się to szerokie spojrzenie, niekoniecznie trzeba być wikkaninem czy wierzyć w konkretne boginie aby używać ich kart.

Autorka sugeruje, że talia jest pomyślana zwłaszcza dla osób pracujących twórczo. Proponuje aby korzystać z niej w chwilach kryzysu związanego z brakiem pomysłów, zadać pytanie w którym kierunku należy ich poszukiwać, a następnie wylosować kartę.

Dużym plusem jest to, że można wypróbować talię losując kartę online na tej stronie.

WADY

To bardzo ciekawa talia, ale osobiście sądzę, że jest zbyt duża, co powoduje powtarzanie się znaczeń i uniemożliwia dokładniejsze przedstawienie bogini. Tak de facto zostaje tylko pół strony na przedstawienie legend, mitów i symboliki związanej z daną boginią, to o wiele za mało, szczególnie że wiele z nich jest niemal nieznana.

kris waldherr booklet

Myślę, że mądrzej byłoby wybrać tylko 40 – 50 kart, ale dopracować warstwę mitologiczno – dywinacyjną. Naprawdę nie ma sensu tworzyć talii bogiń, która jest większa od Tarota! zeby Z drugiej strony jako osoba, która tworzy własną talię rozumiem autorkę, bo kiedy spotyka się boginię, której mitologia zawiera wiele znaczeń, archetypów i symboliki, to ciężko ją odrzucić wink3 .

Ogólnie rzecz biorąc jest to bardzo dobra talia jako dodatek do bardziej klasycznej, której się już używa, początkujący może się w niej pogubić.

Minusem jest znowu strona techniczna, bo pudełko na karty jest mało inteligentnie zrobione (ale za to do kart dodany jest woreczek).

Aha i jeszcze jedno, Fricka jest o wiele bardziej znana pod imieniem bogini Frigg.

WYDANIE

80 kart

anglojęzyczna książka zawierająca informacje na temat tego jak używać kart oraz opisy poszczególnych bogiń

woreczek na karty

pudełko

W książce jako omówienie każdej karty ujęte są:

– imię bogini

– dziedzina w której się specjalizuje

– słowa klucze opisujące boginię

– krótkie podłoże mitologiczne

– afirmacja

box kris waldherr

Rozmiar kart to 11 x 7 cm

Koszulkę stanowi podwójna postać kobieca z szerokimi skrzydłami na żółtym tle ozdobionym spiralami.

PRZYKŁADOWE KARTY

Atena

Atena w Goddess Inspiration Oracle Kris Waldherr

Brigid

brigid6

Demeter

Demeter w Goddess Inspiration Oracle Kris Waldherr

Izyda

Izyda – Hathor w Goddess Inspiration Oracle Kris Waldherr

Lakszmi

Lakszmi w Goddess Inspiration Oracle Kris Waldherr

Koszulka

back side

Goddesses Inspiration Oracle Guide© 2007 by Kris Waldherr

Wydawca: Llewellyn Worldwide, Ltd.

ISBN: 978-0-7387-1167-6

Abeona
Aditi
Aine
Ajysit
Amaterasu
Annapurna
Anuket
Asztarte
Atena
Baba Jaga
Bastet
Benzai-ten
Berchta
Brigit
Changing Woman (
Zmieniająca Się Kobieta)
Chang O
Cimidye
Kybele
Danu
Demeter
Diana
Erda
Erzulie
Fortuna
Freja
Fricka
Gaja
Glispa
Gwenhywfar
Haltia
Hathor
Haumea
Hekate
Heqet
Hera
Hsi Wang Mu
Huchi-Fuchi
Hygeja
Iduna
Inanna
Isamba
Izyda
Juno
Kali Ma
Kishijoten
Kuan Yin
Lakszmi
Lalita
Maja
Maman Brigitte
Mama Quilla
Mojry
Muzy
Mut
Nügua
Nut
Nyai Loro Kidul
Ogboinba
Oszun
Oja
Pajau Yan
Pele
Persefona
Psyche
Rati
Rhiannon
Saci
Saraswati
Sehkmet
Sakti
Sofia
Spider Woman (Kobieta Pająk)
Tara
Tlazolteotl
Ukemochi
Wenus
Xochiquetzal
Yemanja
Zhinu
Zorje

CHOROBY PRZENOSZONE DROGĄ DUCHOWĄ

Uwolnienie od religii jest początkiem duchowości. Ponieważ prawdziwa duchowość zaczyna się tam, gdzie kończy się wszelka religijność. Duchowe życie jest tam, gdzie umysł jest już wolny od dziwacznego zabobonu i skostniałej tradycji, od wewnętrznego przymusu i zmor wpojonej doktryny, od dogmatycznego i schematycznego myślenia, które charakteryzuje każdą religię.

Cyprian Sajna, Pistis – Świecki Portal Uduchowiony

Tytuł zaczerpnęłam z artykułu dr Mariany Caplan, który był dla mnie inspiracją dla powstania tego posta.

Człowiek z natury dąży do duchowości i poznania tego co niewidzialne. Ma to wręcz we krwi od setek pokoleń. Gdyby zapytać czym homo sapiens różni się od zwierząt zapewne większość odparłaby: Tym, że potrafimy się komunikować, tym że wytwarzamy narzędzia… Oczywiście co bystrzejsi rozmówcy natychmiast odparliby na to: Ale przecież zwierzęta też się ze sobą komunikują i wytwarzają proste narzędzia!  Zapytajmy zatem fachowca od ludzi czyli antropologa, a usłyszymy w odpowiedzi, że tym co wyróżnia nas z szeregu zwierząt jest potrzeba abstrakcyjnego myślenia i poszukiwanie duchowości. To dlatego nasi przodkowie zaczęli grzebać zmarłych w określony sposób i urządzać im pochówek odpowiedni do kultury: z jakichś powodów uwierzyli, że śmierć nie jest końcem, a przejściem i że zmarłego należy zaopatrzyć na dalszą drogę w zaświatach. Można to tłumaczyć żartobliwie potrzebą sprawiedliwości i nadzieją na to, że sąsiad, który zabrał nam kawałek ziemi sczeźnie w kotle piekielnym, ale mnogość i różnorodność wierzeń na całej kuli ziemskiej nakazuje pochylić się uważniej nad tym skąd w nas potrzeba doświadczania duchowości.

W większości kultur duchowość została szybko ujęta w ramy religii i dusząc się w okowach rytuałów prędzej czy później zaczęła umierać. Główne religie świata (aż się chce powiedzieć wprost “religie monoteistyczne”) nie znoszą konkurencji i wszystko co wykracza poza duchowość uznaną w ich ramach traktują co najmniej z podejrzliwością o ile nie z wrogością. W Polsce można się o tym było niedawno przekonać przy okazji listu biskupów skierowanego przeciw wróżbom (na który zresztą wróżbici odpowiedzieli), jednak myślę, że paradoxalnie i religia rzymskokatolicka, i ezoteryka w najczęściej spotykanej formie* tak naprawdę świetnie się ze sobą dogadują, a te przepychanki słowne nie mają żadnego przełożenia na rzeczywistość. Wystarczy spojrzeć na mechanizmy działania jednej i drugiej, żeby zauważyć, że kierują się tymi samymi zachowaniami.

I religia, i ezoteryka są zwrócone ku temu co niepoznane, a co za tym idzie niewymierzalne i niekoniecznie poddające się logice oraz rozumowi. To sprawia, że pojawiają się osoby, które twierdzą iż znają oraz rozumieją świat duchowy lepiej niż inni, a jeżeli mają przy tym charyzmę to mogą stać się guru, przywódcą, na skinienie którego wyznawcy zwrócą się przeciw komuś kogo oznaczy jako wroga, będą udzielać mu gratyfikacji finansowych albo, niestety były takie przypadki, zaczną dokonywać przestępstw. To jak każdy z nich w sytuacji gdy jest darzony uwielbieniem zareaguje zależy od jego indywidualnej wrażliwości i od tego jak przerobił lekcję okiełznania ego, o czym poniżej**. Naturalnym odruchem ludzkiej psychiki jest obdarzać zaufaniem i darzyć estymą osoby, z poglądami których się zgadzamy, jednak granica między szacunkiem a uleganiem wpływowi jest bardzo trudna do wychwycenia. Ja osobiście staram się trzymać buddyjskiej zasady: Nie wierz w coś tylko dlatego, że ktoś ci tak powiedział ani dlatego, że zostało to napisane w księdze. Obserwuj czy jest to dobre dla ciebie i twojego otoczenia, i dopiero wtedy zaakceptuj. Stąd nie mam żadnych autorytetów, jednak zdaję sobie sprawę, że należę do mniejszości, bo niemal wszyscy zostaliśmy wychowani do tego by wierzyć w to, co religia czy kultura uznały za słuszne, a przede wszystkim w to, że ktoś mądrzejszy ma nas odpowiednio pokierować w życiu. I do tego nie trzeba żadnej sekty ani nawet religii. Wystarczy ktoś o dużej sile przyciągania, który wpływa na nasze życie. Oto cytat z facebookowego profilu jednej z popularnych wróżek:

pani x

(można kliknąć aby powiększyć)

Ktoś może powiedzieć, No przecież to dobrze, to znaczy, że wróżka X skutecznie pracuje! Czemu jej nie chwalić?. Oczywiście, że chwalić należy, ale co innego chwalić, a co innego ufać bezkrytycznie i powierzać swój los w jej ręce. Tym bardziej że przeciętna ludzka natura jest paskudna i jeżeli wróżba się spełni to będzie wróżkę nosić na rękach, ale jeżeli z jakichś powodów przewidywane wydarzenie nie dojdzie do skutku to będzie kąsać jadowicie na forach internetowych. Zwyczajny człowiek woli widzieć karty jak ostateczną wyrocznię i nieomylne źródło wiedzy, którym niczym Pytia – Sybilla szafuje wróżka, dlatego to na niej koncentrują się dobre lub złe uczucia związane z kartami. Ludzka natura woli zadawać pytania: to co ja mam zrobić? niż przeanalizować słowa wróżki i samodzielnie wyciągnąć wnioski. Prawdą są słowa Morfeusza z Matrixa: Most of these people are not ready to be unplugged and many of them are so hopelessly dependant on the system that they will fight to protect it (‘Większość ludzi nie jest gotowych na to aby być odłączonymi, a wielu jest tak nierozerwalnie związanych z systemem, że będą walczyć aby go zachować’).

A skoro nie chcą się odłączyć to Matrix jest wszechobecny. I religia, i ezoteryka będą nauczały, że problemy można przezwyciężyć za pomocą odpowiednich inwokacji i rytuałów. Czy będą to modlitwy kościelne, czy texty z książeczek dołączonych do kart, czy rytuał ma polegać na przyjęciu komunii, czy zapaleniu świec to już przeciętnemu człowiekowi wszystko jedno. Wykonajmy coś dla sił niebiańskich, a one nam pomogą. Jest to wręcz duchowy atawizm z czasów pogańskich, kiedy bogom składano ofiary. Przeciętny kapłan może sobie ponarzekać, że wierny chodzi do wróżki, ale sam nie pomoże mu znaleźć odpowiedzi na pytania egzystencjalne tylko wyrecytuje formułki religijne, a wróżka jak najbardziej będzie zachęcała wiernego, żeby odcinał się od negatywnych energii za pomocą wody święconej wzywając archanioła Michała. I znowu cytat – komentarz jednej z wróżek do artykułu z Niedzieli:

Urywek z tygodnika Niedziela. Maja tutaj panstwo krotka modlitwe przeciw wplywom zlego ducha a takze kilka powodow niepowodzen. Gdybym nie napisala ze to niedziela pomysleliby panstwo ze to wrozka prawda? Nie ma wiec co dysputowac tylko zaczac mowic jednym glosem i kk i poganie. Bo dzialamy tak samo tylko kk boi sie utraty wpluwow. Oni mowia ze wrozby sa zle a dzialaja na tych samych mocach i energiach. My poganie mowimy ze kazdy z nas ma boski pierwiastek i nie negujemy “magii” kk

niedziela

Kliknij aby powiększyć.

No właśnie, anioły… Pewnie znowu mi się dostanie za “walkę” z arcykatolickimi aniołami, ale trudno. Anioły są ulubionym motywem zarówno religijnym jak i ezoterycznym, wystarczy popatrzyć ile jest w domach kiczowatych obrazków z aniołami strzegącymi dzieci albo jaką popularnością cieszą się karty anielskie w sklepach ezoterycznych. Skąd to wynika? Być może tak jak pisałam już w poście o kartach bierze się to z przedstawienia Boga w kultach monoteistycznych, gdzie jest on surowym ojcem, który za dobre wynagradza, a za złe karze. W obawie przed tą karą boimy się zwracać do niego wprost i potrzebujemy pośredników, którzy złagodzą jego słuszny gniew za nasze niecne uczynki, najczęściej tymi pośrednikami są Jezus, Maria (‘Królowa Aniołów’), święci i właśnie anioły. Aby zaskarbić sobie ich łaski (a przez nich oczywiście i Boga) należy modlić się, odmawiać różaniec, palić świece, zwracać się do nich z prośbą itd. Są elementami egregoru, wymagają kultu i ten kult dostają. Ale dlaczego? Dlaczego ludzie wysyłają energię pośrednikom skoro religia chrześcijańska zapewnia, że Bóg jest miłosierny i łaskawy? Skoro wierzysz w Boga to dlaczego nie zwracasz się bezpośrednio do niego? A jeżeli prosisz anioły, żeby ci wymodliły u niego łaskę to chyba tak naprawdę sam/-a nie wierzysz, że jest pełen dobroci. Oczywiście, kiedy zadałam takie pytanie na forum, nikt nie odpowiedział mi wprost, za to dostałam ogromną ilość faktów i danych o tym jak poszczególne religie postrzegają anioły, co zapewne miało mi udowodnić, że są niezbędne. Większość ludzi nie jest gotowych na to aby być odłączonymi.

Czym różnią się ego (osobowość) a dusza i duch najlepiej opowiada blog Andrzeja o Rozwoju Duchowym, do którego odsyłam, aby lepiej zrozumieć temat. Aby oddać to w miarę krótko i przystępnie zacytuję to co na temat widzenia świata poprzez pryzmat ego lub duszy napisałam w analizie mojej ulubionej baśni o Wasylisie.

Można przedstawić to obrazowo jako szwedzki stół zastawiony rozmaitymi potrawami: zazwyczaj bierzemy talerz i wybieramy to, co mamy przed oczyma. Zazwyczaj w ten sposób decydujemy się na wiele rzeczy w życiu, bo ze wszystkich stron dostarcza się nam coraz to nowe rzeczy i kusi, abyśmy je zdobyli, nawet jeżeli wcześniej wcale nie mieliśmy na nie ochoty. To błąd, bo ograniczamy się do tego co się nam podaje, a niekoniecznie musi być to właśnie to, co jest dla nas najlepsze. Czasami wystarczy dłuższe przyglądamy się czemuś, abyśmy nagle „odkryli”, że tak, to jest to, to jest właśnie to co zapewni nam szczęście, to jest na pewno to i kiedy okazuje się, że wcale nam to szczęścia nie zapewniło, rodzi się frustracja. Jeżeli jednak najpierw zapytamy siebie: ‘Czego potrzebuję? Co mi pomoże? Co jest dla mnie korzystne?’, to  zazwyczaj odpowiedź przychodzi szybko, a wtedy można rozejrzeć się czy to czego pragniemy jest na naszym szwedzkim stole. Czasami jest, a czasami nie. Mówiąc szczerze zazwyczaj nie ma . I wtedy trzeba ruszyć na poszukiwanie innego stołu, gdzie znajduje się właśnie to czego pragniemy.

W naszym życiu tak jak na szwedzkim stole ego sprawi, że będziemy po prostu brać co jest podane, tymczasem dusza sprawi, że będziemy zastanawiać się czego właściwie chcemy. Większość systemów religijnych opartych jest na strachu i kontroli, to nimi się żywią, dlatego funkcjonują na poziomie ego i podają gotowe treści na szwedzkim stole, a ty masz tylko konsumować. Wszystko jest zdefiniowane jako złe lub dobre, na wszelkie pytanie jest gotowa odpowiedź, a ty możesz poczuć się lepszy od innych, bo dostąpiłeś objawienia jedynej prawdy. Również ezoteryka w powszechnym wydaniu nie zmusza nas do pracy nad sobą. Ponieważ de facto ograniczają się do rytuałów, zarówno religia jak i ezoteryka koncentrują się na tym co na zewnątrz, a nie na wnętrzu tak jak duchowość. Nie uczą skutecznie jak opanowywać ego. Przeciętny kapłan będzie przekonywał, że zło bierze się z nieprzestrzegania nakazów i zakazów religijnych, przeciętny ezoteryk będzie widział przyczyny niepowodzeń, braku harmonii czy często nawet problemów ze zdrowiem w działaniu złych energii, klątw czy karmy. Wystarczy pójść do pierwszego lepszego kościoła, czy włączyć pierwszy lepszy program wróżbiarski. Ktoś powie, Ale są też mądrzy kapłani/wróżki/wróżbici, którzy naprawdę pomagają w zrozumieniu siebie! A ja się zapytam, Gdzie oni są? Bo najczęściej spotyka się tych, którzy koncentrują się na świecie zewnętrznym więc będą zapewniać, że aby pójść do nieba/uwolnić się od karmy należy zrobić to co oni mówią. Być może dzieje się tak dlatego, że wierni/klienci wolą osobę, która powie im, że przyczyna tkwi w świecie zewnętrznym i jak się ją zlikwiduje to już wszystko będzie ślicznie i bezproblemowo. W końcu komu by się chciało pracować nad samym sobą? I tak pozostajemy w kręgu ego. Nie zależy im tak naprawdę aby wierny/klient zaczął się zastanawiać, sięgać głębiej, czytać dokładniej, bo wtedy go tracą.

Ktoś może stwierdzić, że przecież ezoteryka to nie religia i nie trzeba się trzymać sztywnych ram, a esencją ezoteryki jest rozwój wewnętrzny. Zgoda, tak powinno być. Ale ja mówię jak jest, a nie jak powinno być. Wystarczy, tak jak powiedziałam, włączyć pierwszy lepszy program ezoteryczny albo spojrzeć na strony oraz fora internetowe na temat “rozwoju duchowego”. Ilość negatywnej energii jest po prostu porażająca. Czołowy wróżbita pewnej stacji praktycznie na każde pytanie odpowiada, że to wszystko sprawa karmy oraz podłączeń i dobrze, że pani zadzwoniła, bo inaczej bardzo źle to by się skończyło. Na większości stron zawierających szumne hasło “rozwój duchowy” jeżeli są jakieś sensowne rozmowy to dotyczą konkretnych, wróżbiarskich detali typu połączenia kart, znaczenia kart itd. Nie dowiesz się tam jak rozwijać się duchowo***.

Co to jest w ogóle rozwój duchowy? Dla mnie to po prostu stawanie się bardziej świadomym człowiekiem. Rozwój duchowy nieodłącznie wymaga ciągłej pracy nad sobą, koncentracji, uważności, rozpoznawania własnych emocji, obserwacji bez oceniania, umiejętności zmiany opinii na temat siebie i otoczenia, wychwytywania negatywnych myśli, regularnego afirmowania, poszukiwania, nie poddawania się, a przede wszystkim stałego weryfikowania tego co się nauczyło i zaprzeczania. Tak jak powiedział Rene Descartes (Kartezjusz): Jeżeli rzeczywiście poszukujesz prawdy to koniecznym jest byś przynajmniej raz w życiu zakwestionował wszystko co wiesz. A ja poszłabym dalej i powiedziała, że ktoś kto faktycznie rozwija się duchowo obserwuje i zaprzecza na bieżąco. Nawet jeżeli wierzył w coś długi czas to jeżeli coś nie zgadza się ze stanem obecnym, odrzuca to. Dlatego jeżeli twierdzisz, że rozwijasz się duchowo, bo codziennie przeprowadzasz rytuał albo wyciągasz sobie kartę anielską, to przykro mi, ale wcale nie rozwijasz się duchowo. Ty po prostu uprawiasz magię i karciarstwo. Nie ma w samych tych czynnościach nic złego, jeżeli nie szkodzą nikomu, ale to za mało na nazywanie siebie osobą rozwijającą się duchowo.

Rozwój duchowy to dotykanie naprawdę wysokich energii, dlatego nie da się osiągnąć go za pomocą ego. Ego jest na tu i teraz, niecierpliwi się, nie chce zaakceptować inności, musi się określać w odniesieniu do innych, być lepszym, szybszym, bogatszym etc. Osobiście odbieram pracę z kartami w ten sposób, że potrzeba do niej ciągłego wznoszenia się o szczebel wyższy poziom oraz uważności, wycofania się z osądów, oceniania, itd., takiego stałego koncentrowania się na “co mi mówią karty”, a nie na “co ja sądzę na ten temat”. Jak rzeczywiście się wchodzi w rozwój to niestety, ale ego trzeba zminimalizować do jak najmniejszych rozmiarów, inaczej będziemy stać w miejscu. Praca z wysokimi energiami wymaga od nas dostrojenia się do nich, a nie ściągania ich na ziemię w jakimś celu merkantylnym. Może ktoś uzna, że jestem zbyt wymagająca, ale jednak uważam, że jeżeli chcesz pracować z kartami czy w inny sposób uprawiać ezoterykę to twoje intencje muszą być nieskazitelne, a wpływy ego ograniczone jak najbardziej się da.

A co jeżeli tak się nie dzieje? Ano wtedy widzę wróżbitę twierdzącego, że jego przepowiednie mają 100% skuteczności i trajkotającego przez cały czas o tym jak wszystko widzi w kartach. I nie wiem czy ja mam się śmiać, czy płakać. Proszę pana, przecież z wróżką/wróżbitą kontaktuje się zazwyczaj, kiedy jest źle więc to normalne, że w kartach widzi się nie tylko pozytywne wydarzenia, ale też i te mało przyjemne! Jest pan dumny z tego, że ze 100% dokładnością przewidział pan, że ktoś rzuci żonę po dwudziestu latach małżeństwa? Albo że ktoś nie podejmie pracy, o którą pyta, bo rozwija się u niego groźna choroba i wkrótce znajdzie się w szpitalu? Przecież takie sytuacje też widać w kartach. Chyba nie cieszy się pan, że to się sprawdziło, prawda? Każda osoba kładąca karty ze szczerym sercem woli się w takich momentach mylić. Jeszcze lepszym przykładem jest inny wróżbita, który sam o sobie (w trzeciej osobie) stwierdził, że zawsze ma rację. Naprawdę. Na wizji. I nie wyglądało to wcale jakby sobie żartował.

Widownia najwyraźniej to kupuje skoro telefony dzwonią i pan wróżbita jest rozchwytywany. Ale pomijając już widownię: jeżeli mam styczność z osobą, która przynajmniej w teorii ma szczególny kontakt ze światem duchowym (jak wróżka/wróżbita czy kapłan) to mam wszelkie prawo spodziewać się, że ta osoba będzie choć odrobinę mądrzejsza, bardziej opanowana, bardziej cierpliwa, no i niech będzie, bardziej uduchowiona od innych. Jeżeli tak się nie dzieje to mam również prawo czuć się zawiedziona, bo łatwiej jest sobie przyczepić łatkę “Jestem uduchowiony” i nią szpanować niż rzeczywiście koncentrować się nad tym w ciszy, skupieniu i bez świadków tak jak przecież nakazywał Jeszua.

Dlatego jeżeli nie zminimalizuje się efektów ego na zachowanie to potem może się okazać, że wróżka, która prawi o aniołach i energiach miłości, sama kłóci się z mężem, tyranizuje dzieci i ma sprawę w sądzie z sąsiadką. A jeżeli do tego świetnie kładzie karty (bo to całkiem możliwe, sprawny odczyt rozkładu wcale nie kłóci się z paskudnym zachowaniem osoby wróżącej) to łatwo wyrównywać sobie brak spełnienia w życiu osobistym poczuciem władzy nad losem osoby pytającej. I wtedy, niestety, zapomina się o podstawowym prawie wszechświata czyli wolnej woli. Będąc kapłanem czy wróżką można łatwo “zaprogramować” klienta/wiernego na określony tok myślenia, bo sprawia się wrażenie, że ma się kontakt z wyższymi wymiarami, więc wie się lepiej co dobre a co złe, często wręcz “słyszy się głos Boga”. Jeżeli intencja kapłana/wróżki jest czysta i jest dojrzały/-a emocjonalnie to będzie mu/jej zależało tylko i wyłącznie na dobru wiernego/klienta. Nie będzie się przy tym próbował sam/-a się dowartościować ani podnosić swojej samooceny. I teraz wyjaśnia się dlaczego tak mało mądrych kapłanów czy wróżek jest znanych czy przebija się do mediów. Im nie zależy na rozgłosie. Oni, słowami Wojciecha Młynarskiego, “robią swoje”. A media to woda na młyn ego, pokażą wszystko byle było najszybsze i najnowsze, no i żeby jeszcze na tym dało się zarobić. Faktyczny rozwój duchowy z natury nie jest merkantylny.

Co oczywiście sprawia, że kwestionuje się to czy kapłanom i wróżkom należy płacić. Osobiście wyznaję zasadę runy Gebo: ja ci coś dam, ty mi coś dasz i będziemy zadowoleni. Skoro kapłan czy wróżka/wróżbita poświęca nam czas i energię to powinien coś w zamian dostać, choć niekoniecznie pieniądze (ja na przykład jako zawzięta wegetarianka chętnie przyjmuję zapłatę w postaci sałatki grin). Natomiast jeżeli umawia się na pieniądze to kwota powinna być i adekwatna do wiedzy kapłana/wróżki, i możliwa do zapłacenia przez wiernego/klienta tak aby nie czuł się zubożony. Zauważyłam, że kiedy przeznaczamy pieniądze na coś co naprawdę wzbogaca nas od środka to wcale nie odczuwamy tego jako odpływu pieniędzy.

Tu jeszcze jedna uwaga związana typowo ze światem wróżbiarskim: w ciągu dosłownie kilkunastu lat zaroiło się dookoła od tarocistów i jasnowidzów wszelkich pseudonimów. Nie twierdzę, że to źle, jestem w stanie to zrozumieć. Tak jak już pisałam natura ludzka potrzebuje kontaktu z duchowością i siłami potężniejszymi od człowieka, przez wieki tą sferę zaanektowała religia, ale tak jak napisał Cyprian Sajna religia nie tylko nie wpasowuje się w duchowość, lecz wręcz ją pożera. Rytuały i reguły zabijają esencję duchowości czyli poszukiwanie oraz spontaniczność w zadawaniu pytań. A dusza prędzej czy później zaczyna zagłuszać ego skoncentrowane na tym co teraz, co jest materialne oraz wymierzalne i coraz głośniej dociera jej głos pytający: Ale co jest poza tym? Czego nie widzę, a co istnieje? Co będzie ze mną dalej?. Nic dziwnego, że skoro ogół kapłanów nie podwyższa jakości nabożeństw i nie pomaga w dotarciu do własnych odpowiedzi na pytania egzystencjalne, a rygor religijny zmalał to pojawiają się alternatywne sposoby na duchowość. Mogą być to inne religie, ich odłamy czy mistrzowie duchowi, ale na poziomie praktycznym  na pytanie: Co będzie ze mną dalej? odpowiada najczęściej wróżka/wróżbita.

Dawniej wróżbiarstwo w zasadzie wyglądało w ten sposób, że kobieta (zazwyczaj starsza) kładła karty osobie, która osobiście do niej przyszła, widziała rozmówcę/rozmówczynię, obserwowała bezpośrednio jej reakcje itd. Taka osoba była wiarygodna przez sam fakt, że znano ją w (zazwyczaj niedużej) wspólnocie, gdzie ludzie znali się praktycznie każdy z każdym. Obecnie wróżek i wróżów jest mnóstwo, przyjmują nie tylko osobiście, ale także udzielają się w telewizji czy portalach wróżbiarskich poprzez telefony i smsy. Tak jak w każdej branży są zarówno takie osoby, które sumiennie podchodzą do wykonywanej pracy jak i takie, które ledwo liznęły wiedzy, ale już mają o sobie wysokie mniemanie i drogo się cenią. Skoro jest popyt to jest i podaż. Potrzeba umiejętności i pracy, żeby nauczyć się czytać karty, ale jest to możliwe do osiągnięcia (szczególnie jeżeli koncentruje się na samych kartach, ich sekwencjach i miejscu w rozkładzie, a nie sprawdzalności samej w sobie). Powstaje tylko pytanie, czy i kiedy można stać się profesjonalistą oraz zarabiać na tym pieniądze.

Ezoteryka nie jest wymierna, nie da się zweryfikować efektu stawiania kart. Oczywiście, jako osoby żyjące w świecie materii i ego próbujemy to sprawdzić ich metodami, stąd klient wróżki będzie patrzył czy mi się sprawdziła wróżba u tej wróżki?, a nie czego się dowiedziałem/-am o sobie od tej wróżki, w jaki sposób mogę to wykorzystać do tego aby być bardziej świadomą osobą? Więc jak sprawdzić czy wróżka/wróżbita jest dobry? Skoro nie ma żadnej miarodajnej listy, a oni sami nie posiadają związku zawodowego, który mógłby w jakiś sposób certyfikować rzetelne osoby? A jeżeli kładę karty i chcę na tym zarabiać, to kiedy jest dobry moment aby zacząć?

Tak jak już chyba wystarczająco wykazałam nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to co jest związane ze sprawami duchowymi. To nie matematyka, nie można czegoś wyliczyć i twierdzić z całą pewnością, że tak musi być. Gdybym miała udzielać porad osobom szukającym wartościowej wróżki to powiedziałabym, żeby szukali dokładnie tak jak wartościowego spowiednika. Może być przecież tak, że idzie się do jednego, drugiego, trzeciego, czwartego, aż dopiero dziesiąty okazuje się najodpowiedniejszy. Nie lepszy czy gorszy niż pozostali (ocenianie jest domeną ego), ale taki, który sprawia, że zaczynasz myśleć nad tym co robić i lepiej rozumiesz sytuacje, jakie mają miejsce w twoim życiu. Pewnie, że łatwiej jest iść do księdza, który wysłucha, nakaże odmówić dwadzieścia zdrowasiek i zapuka, że już koniec, następny proszę albo do wróżki, która z miną jakby codziennie grała z Bogiem w tenisa opowie co nieuchronnie wydarzy się w życiu i jeszcze gratis odczyta przesłanie z kart aniołów. Nasze ego jest uspokojone, że wszystko jest w porządku, ale duszy takimi trikami nie uciszymy. Dusza poszukuje głębi i nie zadowoli się tym, że “wszystko będzie dobrze”. Dusza chce doświadczać i poznawać mechanizmy, więc jeżeli sami ich nie rozumiemy to idźmy do kapłana/wróżki, którzy pomogą jej do tego dojść. Natomiast na pytanie kiedy można zacząć kłaść karty profesjonalnie?, odpowiedziałabym W momencie kiedy a) znasz karty tak dobrze, że nie ograniczasz się jedynie do znaczeń książkowych tylko wyrobiłeś/-aś sobie z nimi określony kod i b) jesteś wystarczająco dojrzały/-a mentalnie i emocjonalnie by to robić. Dojrzałość to dla mnie umiejętność zminimalizowania ego do potrzebnego poziomu, tak jak o tym pisałam na Biegnącej z Wilkami:

Ja osobiście wyobrażam sobie ego jako małe, nadąsane i przemądrzałe dziecko. Kiedy czuję, że zanadto chce mi się ono wpieprzać w podejmowanie decyzji, całuję je w czoło i mówię, Dobrze, dziękuję za twoją opinię, ale teraz idź na długi spacer, bo muszę się nad czymś zastanowić. Wbrew temu co myślą niektórzy, sądzę, że nie ma sensu demonizować naszego „ja”. W końcu jest częścią nas samych, po co opędzać się od niego, usiłować zmienić, krzyczeć i przeganiać? Ono jest tylko niedojrzałe i nastawione na „tu i teraz” tak jak dziecko, które nie jest przecież złe, patrzy po prostu z innej perspektywy. Aby je formować, wystarczy rozsądnie wyznaczać mu granice i nie pozwolić decydować w sprawach, do których decyzja do niego nie należy.

Ktoś może odpowiedzieć, Ale ja po prostu znam karty i lubię je stawiać, to nie wystarczy? W każdym zawodzie wiedza i entuzjazm wystarczają (doświadczenie i tak zdobywa się w trakcie), ale w przypadku stawiania kart ludziom, niestety nie. Jeżeli ktoś powierza ci swój problem, to musisz sobie z tym poradzić, musisz być mądrzejszy, cierpliwszy i dojrzalszy od klienta, musisz skłonić go do refleksji. Wtedy nawet bez 100% sprawdzalności będzie zadowolony, że potraktowałeś/-aś go z szacunkiem i pomogłeś/-aś w trudnym dla niego czasie****.

Ten zawód tak jak lekarz, pielęgniarka czy nauczyciel to powołanie, wymaga kontaktu z ludźmi i stosowania zasady Primum Non Nocere. Zastanów się dobrze czy chcesz go wykonywać codziennie przez cały tydzień miesiącami i latami. Zastanów się czy w momencie gdy zrobisz ze stawiania kart źródło dochodów to nie ucierpi jakość czytania twoich rozkładów? Wszystko w pewnym momencie zaczyna się nudzić, a wypalenie zawodowe grozi w każdym zawodzie, wróżbiarstwo nie jest z tego wyłączone.  Czy nam się to podoba, czy nie podoba (mnie na przykład się bardzo nie podoba) żyjemy w świecie materii i jesteśmy zmuszeni płacić rachunki za prąd albo za książki dla dziecka. Nie mówię, żeby w ogóle nie pracować jako wróżka/wróżbita, ale trzeba się do tego odpowiednio przygotować, trzeba odpowiedzieć sobie samemu na pytania: Czy jestem na tyle mocno ugruntowany/-a, żeby stałe patrzenie w karty nie spowodowało “odlotu duchowego”? Czy jestem na tyle dobry/-a w czytaniu kart aby brać za to pieniądze? I w końcu: Czy jestem na tyle dojrzały/-a by pracować z ludźmi, którzy powierzą mi najintymniejsze szczegóły swojego życia?

To że czegoś nie dostrzeżesz w kartach, to nie jest problem, bo tak jak napisałam doświadczenie przychodzi wraz z pracą. Nie tylko jako karciarka, ale także jako lingwistka i tłumaczka z zawodu mogę zaświadczyć, że rozumienie języka kart przychodzi wraz z używaniem ich, dlatego zachęcam, żeby kłaść je regularnie i cały czas zastanawiać się co też chcą powiedzieć. Co nie znaczy, że od razu należy brać za to pieniądze. Gdybyś poszedł/poszła do tłumacza z umową handlową do przetłumaczenia, a dostałbyś/dostałabyś w zamian efekt pracy Tłumacza Google to zapłaciłbyś/zapłaciłabyś za takie “tłumaczenie”?

I religia, i ezoteryka mogą zabrać w “duchowy odlot”. Świat duchowy wciąga jak narkotyk. Można stracić poczucie rzeczywistości i umiejętność logicznego myślenia jeżeli “popłynie się” bez przygotowania. Polecam krótką opowieść o Czterech Rabinach, aby obrazowo pokazać jak duchowość działa na nas, którzy na co dzień funkcjonują w świecie materii. Trzeba być mocno ukorzenionym aby nie odlecieć na dobre, a z tego co widzę to im mocniejsze ego, tym łatwiej odpłynąć. Im bardziej ktoś opowiada o pięknych, świetlistych energiach anielskich, o tym że można anioły zaprosić do swojego domu, ale najpierw trzeba go wysprzątać albo o tym, że anioły lubią słodkie zapachy to tym bardziej robię się podejrzliwa. Nie kwestionuję, że osoba opowiadająca naprawdę to widzi, rzecz w tym czy ta wizja jest prawdziwa. Bo rozmaite egregory mogą przyjmować różne formy, a im bardziej uduchowione, anielskie i nieskazitelne się wydają tym bardziej wypadałoby być ostrożnym.

Trzeba uważać, ale jednocześnie nie bać się iść dalej i widzieć więcej. Gdybym miała powiedzieć co jest kwintesencją duchowości to zacytowałabym porucznika Horatio Caine’a z kompletnie nieduchowego serialu CSI: Miami (Kryminalne Zagadki Miami). Kiedy któryś z podwładnych meldował mu, że nie może znaleźć powiązania czy motywu w sprawie o morderstwo, Horatio swoim charakterystycznym gestem zakładał okulary i odpowiadał: Dig deeper. Kop głębiej. Nie zostawaj na powierzchni, szukaj głębszych znaczeń, nie bój się konfrontować, kwestionować ani popełniać błędów. Istotą rozwoju jest dojrzałość, jeżeli będziesz przyjmować to co ci podają zamiast zrobić to samemu to będziesz stać w miejscu. Pytaj nie co się dzieje? tylko dlaczego tak się dzieje? Nie czekaj na odpowiedź, sam jej szukaj. Wtedy rzeczywiście zajmiesz się rozwojem duchowym, a nie popową ezoteryką. Mój (i twój) umysł jest zbyt cenny by go zaśmiecać, to brama do świata, a nie zbiornik z new age’ową zupą ze wszelkich możliwych egregorów.

Niezależnie od tego czy jesteś wiernym, czy kapłanem, profesjonalną wróżką/wróżbitą, klientem ezoterycznym czy fascynatem kart tak jak ja, pamiętaj, że jako prowadzący aktywne i bujne życie wewnętrzne, wszyscy jesteśmy szczególnie narażeni na choroby przenoszone drogą duchową i głównie od nas zależy czy damy się zarazić, czy odpowiednio przed nimi zabezpieczymy.

Anna ‘Lawenda’ Solun

*Niektórzy uważają, że ezoteryka i duchowość to to samo, ale ja robię jednak subtelne rozróżnienie: ze względu na to jak jest obecnie powszechnie pojmowana, ezoteryka dla mnie objawia się praktycznie w postaci czytania kart, astrologii, numerologii itd. podczas gdy duchowość to bardziej metafizyczne poszukiwanie, próba ogarnięcia tego co niezrozumiałe, a przede wszystkim wymiar transcendentalny czyli kontakt z Bogiem. A żeby być dokładnym cytując dr Suligę kładzenie kart, rytuały i wszystko to za pomocą czego usiłujemy nagiąć energię do rzeczywistości to okultyzm, podczas gdy ezoteryka to umiejętność dostrzeganie tego co niewidzialne w świecie widzialnym (okultyzm jest wymiarem praktycznym ezoteryki). Tak jak o tym piszę dalej ezoteryce obserwowanej w telewizjach czy portalach ezoterycznych zdecydowanie brakuje głębi.

** Odnoszę wrażenie, że grupą szczególnie podatną na manipulacje są samotne starsze kobiety, które słusznie czy niesłusznie czują się opuszczone przez rodzinę, to one ciągną do mężczyzn otoczonych nimbem duchowości, czy to będzie ojciec Tadeusz, czy ojciec Pio, czy wróżbita z telewizji ezoterycznej.
*** Ale żeby nie było tak smętnie, jest też kilka dobrych stron, które mogę polecić, znajdują się one w prawej kolumnie bloga pod zakładką Strony Rozszerzające Spojrzenie Na Świat.
**** Zwyczajowo uważa się, że nie należy kłaść komuś kart jeżeli jest się w wieku gdy astrologicznie Saturn nie wszedł jeszcze w drugi obieg, a numerologicznie nie weszło się jeszcze w II cykl, a zatem przed 28-ym rokiem życia. Myślę, że zdecydowanie ma to sens.
question everything
religion vs spirituality
———————————–
W wakacje robię małą przerwę w pisaniu, ten post od dawna siedział mi w głowie i chociaż pewnie znowu się narażę to musiałam wyrzucić go w końcu z umysłu. Na razie koncentruję się na tłumaczeniu bloga na angielski oraz pisaniu własnej opowieści, a w sierpniu gościnnie posta na temat pogan w Polsce napisze Robin Wilgan. Potem mam w planach jeszcze kilka recenzji talii i od nowego roku powracam do poszczególnych bogiń (przynajmniej tak na chwilę obecną planuję).
Pozdrawiam coolhappy2
Anna ‘Lawenda’ Solun